OGÓLNOPOLSKI MAGAZYN IZBY ARCHITEKTÓW RP / NAKŁAD KONTROLOWANY 15 000 EGZ.
 
   
 
 
 
Wyszukiwarka_Z:A  
  Reklama  
   
 
         
Zamów Z:A drukowany
| FELIETON |  |
|_#61  ZA

 

 

Sen o króliku gigancie
/// arch. Piotr M. Glegoła, architekt IARP /// artykuł online w całości

Dołącz na Fb


///
wersja
beta_2
serwisu
///

AKTUALNY NUMER

Zamów Z:A drukowany

Pobierz Z:A_free

> Zamów prenumeratę

WYDANIA ARCHIWALNE

> Czytaj wybrane artykuły

> Zamów Z:A_drukowany

> Szukaj w archiwum

> Pobierz Z:A_free (pdf)

> Forum Z:A /// skomentuj

> e-Newsletter Z:A

> Dopisz swój e-mail

Czasami wydaje mi się, że z tą naszą pretensją o brak pozytywnej oceny w wielu przypadkach, jest jak z niektórymi facetami, którzy od lat demonstrują permanentne roszczenie, że choć mają kota i rower, żadna ekstra laska nie zaczepia ich w spożywczym, proponując wolną miłość. Oczywiście zapominają przy tym, że zgodnie z pierwowzorem sytuacji*, musieliby wcześniej wyglądać przynajmniej na tyle dobrze, aby wzbudzić wizualne zainteresowanie z dystansu pomiędzy oknami dwóch budynków (od razu odpowiadam, że nie wiem jak daleko od siebie stoją te budynki i czy ta odległość uwzględnia paragrafy 13 i 60 Warunków Technicznych), potem wyczuć moment, aby „stać przy oknie nieruchomo jak skała” i wreszcie – już w tym spożywczaku – „patrzeć na nią jak w jakiś obrazek”. Bo dopiero suma tych zdarzeń, ma szansę zaowocować zaproszeniem (i też tylko za pomocą ruchu głowy, a nie wylewnego zalotnego monologu), na indywidualny pokaz taneczny jeszcze tego samego wieczoru, jednak dalej zaznaczam: na odległość.
       
Sen o króliku gigancie
       
       

Czyż nie jest bowiem oczywiste, że – podobnie jak posiadanie kota i roweru, nikogo nie czyni Casanovą – tak tytuł architekta i komputer, również nie są wystarczające, aby dostać Pritzkera. Zarówno jedno i drugie wymaga predyspozycji, inteligencji, przygotowania, ale głównie i generalnie pracy przed, w trakcie i potem (też!). Tutaj bym jednak szybciutko rozdzielił dalsze niebezpieczne dla sensu tego tekstu skojarzenia, utrzymując się na ich powierzchni, bo zawód architekta ma coś, czego właściciel kota i roweru nie ma (choć przyznaję, że może mieć) – otóż chodzi mi o potencjalne wsparcie środowiskowe.
Piszę „potencjalne”, ponieważ tutaj jest niestety różnie: nie każdy chce być wspieranym, nie każdy wie o tym, że można być wspieranym albo nie każdy chciałby wspierać innych... Wariantów jest dużo i szkoda czasu, aby je wymieniać. Zasadniczo to śmiało można założyć, że jest tych wariantów ponad dwanaście tysięcy, bo tyle jest zapewne zdań ilu uprawnionych architektów, a jak pokazuje praktyka, tych zdań może być nawet więcej. Obawiam się również, że pokutuje w nas znane z innej dziedziny gospodarki marzenie, aby zamiast przez lata hodować tysiące czy miliony np. królików, udało się wyhodować jednego ogromnego królika, ważącego 200 ton, po sprzedaży którego można by kupić nowy dom, samochód, motocykl, skuter, żonie (albo sobie) futro z szynszyli i bieliznę La Perla, posłać dzieci na studia i oczywiście nic już do końca życia nie robić, tylko korzystać z tego co wyżej, najlepiej przy jakiejś ładnej, ciepłej plaży.

Bo czego my właściwie byśmy chcieli? Chcielibyśmy być poważani, doceniani, majętni i bez problemów w urzędach z uzgadnianiem dokumentacji?

 

Podobnie jak posiadanie kota i roweru nikogo nie czyni Casanovą, tak tytuł architekta i komputer nie są wystarczające, aby dostać Pritzkera. Zarówno jedno i drugie wymaga predyspozycji, inteligencji, przygotowania, ale głównie i generalnie pracy przed, w trakcie i potem (też!).

 

Więc wyobraźmy sobie, że udało się nam jakimś cudem (tutaj przenosimy się w czasoprzestrzeni o ileś lat) jako jedynym na świecie wywalczyć ideał. Wtedy jadąc rankiem do pracowni (metrem albo autobusem, bo już wszystko zostanie tak zabudowane, że nie będzie gdzie parkować w centrum), podsłuchujemy przypadkiem rozmowę dwóch starszych pań, które wymieniają się energicznie opiniami. Tyle, że zamiast o pasjonującym dziewięćdziesiątym szóstym sezonie serialu Avenida Brazil, rozmawiają tylko o wszechobecnej, jakże potrzebnej jako pożywka duchowa i cielesna, architekturze:

– A widziałaś kochaniutka ten biurowiec, co go ci Herzog & de Meuron zaprojektowali przy Wiśle?

– Złociutka... żartuje pani... to ta pracownia jeszcze działa? Zresztą on jakoś zbyt podobny do innego ramola, tego Hemisferica... no wiesz złociutka, co go Calatrava kiedyś projektował... Ale ten coworking (tu pada nazwisko znanego polskiego architekta, który w momencie pisania tego felietonu jeszcze się nie urodził) w stylu Zahy Hadid to całkiem, całkiem... Wie pani tam przy Grochowskiej...

– Oj nie kochaniutka, co my w Walencji mieszkamy? A odnośnie tego coworkingu, to kto dzisiaj robi coś jak Zaha Hadid, by ci kochaniutka urząd charakterystyki energetycznej za nic tego nie zatwierdził... To ja już wolę tę mieszkaniówkę (tu pada kolejne nazwisko znanego polskiego architekta, który się jeszcze nie urodził) co tam po wyburzonym Ursynowie stawiają... No wiesz złociutka... ta co była publikowana w ostatnim Design World...

– To nie był Design World tylko Architect Magazine... wszystko ci się złociutka już miesza… ...itd.

Niestety nie słuchamy dalej, bo pojazd właśnie zatrzymał się na naszym przystanku. W pracowni siadamy do markowego komputera, który dostarczył nam jego producent (by móc chwalić się, że to właśnie my łaskawie użytkujemy sprzęt z jego logo), na którym zainstalowane jest – oczywiście gratisowe – renomowane oprogramowanie CAD, drobny upominek od sprzedawcy software’u. Przecież jako architekci jesteśmy z definicji osobami znanymi, rozpoznawalnymi i poważanymi w naszym mieście.

Ponieważ tradycyjnych Wydziałów Architektury w urzędach od dawna już nie ma, więc logujemy się na specjalnym miejskim portalu internetowym i z menu wybieramy „chęć uzyskania decyzji o pozwoleniu na budowę” dla naszego właśnie skończonego projektu. Po chwili zgłasza się sympatyczny uśmiechnięty wirtualny urzędnik, który automatycznie ściąga pliki projektu z biurowego serwera, aby przejrzeć dokumentację, uzupełnić o ewentualne braki (linie wymiarowe, domiar śmietnika od granicy itd.), aby już następnego dnia przysłać kurierem dokument „Prawomocnej Decyzji o Pozwoleniu na Budowę”. Potem, na innym portalu, zgłaszamy wolne moce przerobowe pracowni, a tam w ciągu kwadransa następuje licytacja, który z kilkunastu zabiegających o nasze umiejętności klientów da wyższą cenę za potencjalny projekt i lepsze warunki realizacji umowy... O to chodzi?
Uśmiechacie się na pewno (mam nadzieję!) na taką utopię. No właśnie. Wszakże póki co nigdzie tak nie jest. Może więc czas przestać obstawiać zakład na jednego super-królika? Frustracja płynąca z nieosiągalności takiej wygranej zabija w nas radość z wykonywania najfajniejszego zawodu świata. Podobno nieszczęście bierze się nie z braku czegoś, tylko z porównywania się z innymi. A królików gigantów raczej i tak nie ma... Koniec artykułu

 


* „W domach z betonu nie ma wolnej miłości” (słowa: Andrzej Jakubowicz, muzyka i wykonanie: Martyna Jakubowicz)

 

 
  Forum Z:A /// skomentuj artykuł
     
Polecamy lekturę Z:A_#61
Zamów Z:A drukowany



Zamów Z:A drukowany

Pobierz Z:A_free


Zapraszamy do pobierania wydanych dotychczas numerów
Zawodu:Architekt w wersji PDF

 

> polecamy: artykuły on-line

> strona główna Z:A

 
Polecamy w Z:A
Młodzi architekci
w Europie: kondycja
i przyszłość zawodu

arch. Jola Starzak,
arch. Dawid Strębicki, architekci IARP

DOŚWIADCZENIA
Obszar Oddziaływania Obiektu / refleksje przed godziną „zero”
arch. Piotr Gadomski, architekt IARP
PRAWO
Konkursy: ziemia obiecana czy droga donikąd?
arch. Krzysztof A. Nowak

IZBA ARCHITEKTÓW
Sztuka aikido
arch. Wojciech Gwizdak, architekt IARP
FELIETON
Anioł najbardziej przykuwa moją uwagę / czyli polski gust architektoniczny...
autor: Błażej Prośniewski, redakcja: Bartosz Wokan
ARCH_I_KULTURA

 

 

 
 
 
 
    Copyright © 2004-2018 Izba Architektów RP. Wszelkie prawa zastrzeżone.  |  Zarządzanie serwisem i custom publishing: Oria Media.