Reklama  

 

 

 



       
|  DOŚWIADCZENIA
ZA   |
|_02/2012  ZA

 

Uwolnić... inwestorów!

 


arch. Marek Orłowski

W numerze Z:A 01/2012 ukazał się artykuł arch. Andrzeja Pawlika „Deregulacja. Jawa czy tylko seans spirytyzmu”. Chciałbym polemizować z autorem.

 

Już sam tytuł sugeruje niedwuznacznie, że właściwie wszelka próba dyskusji na temat deregulacji naraża śmiałka na zaliczenie do grona „spirytystów” czyli ludzi poszukujących duchów a więc zupełnie oderwanych od realiów. Dla udowodnienia tej psychiatrycznej diagnozy autor przytacza szereg stanowisk Trybunału Konstytucyjnego a także dyrektyw Unii Europejskiej, z których jednoznacznie ma wynikać w największym skrócie, że żadnej deregulacji nigdy nie będzie. Ale nawet gdyby to miało okazać się prawdą, czy uprawnia to do wygłaszania hasła, które redakcja jak rozumiem uznała za swoje credo bo poświęciła mu całą 18 stronę powiększając tak, żeby broń Boże nikt go nie przeoczył, no i oczywiście żeby widział co na temat spirytystycznych pomysłów deregulacji ma myśleć.

Przypomnijmy ten zgrabny bon mot: Na pomysł otwarcia zawodu architekta dla każdego architekta bez potrzeby praktyki i weryfikacji kwalifikacji zawodowych odpowiedziałbym: życzę Pani/Panu poddania się operacji prowadzonej przez chirurga prosto po studiach, w szpitalu zaprojektowanym przez architekta prosto po studiach i zbudowanym przez inżyniera prosto po studiach. A następnie dochodzenia roszczeń, mając za reprezentanta prawnika też po studiach.”

Dawno nie czytałem czegoś równie demagogicznego i oderwanego od praktycznej wiedzy o życiu.
Rozbierzmy tę zgrabną frazę na czynniki pierwsze, czego życzy naszym rodakom Andrzej Pawlik:
- poddania się operacji prowadzonej przez chirurga prosto po studiach – w tej kwestii zagadnąłem znajomego kardiochirurga i on twierdzi, że dopiero po ok. 10 latach od zakończenia studiów lekarz podejmuje się samodzielnej operacji na sercu przechodząc oczywiście wcześniej różne staże asystenckie. Przecież takie operacje wykonywane są w dużych szpitalach z hierarchiczną strukturą, w której doskonale wiadomo kto i kiedy studia skończył i co umie. Do tego pacjent na zabieg wyraża pisemną zgodę i wie kto będzie się nim zajmował.
- w szpitalu zaprojektowanym przez architekta prosto po studiach – czy znane są takie przypadki? Przecież projektanci szpitali wyłaniani są w drodze przetargów według ustawy o zamówieniach publicznych. W takich przetargach stawiane są często aż nazbyt rygorystyczne wymogi dotyczące wcześniejszego dorobku projektowego i to dotyczącego szpitali właśnie.
- i zbudowanym przez inżyniera prosto po studiach – do budowy szpitala mogą przystąpić tylko duże firmy, dysponujące odpowiednim kapitałem zdolne do wpłacenia wadium i mające odpowiednie referencje. Budowę szpitala z ramienia takiej firmy obsługiwać będzie cała grupa inżynierów i owszem część z nich będzie prosto po studiach bo gdzieś zaczynać muszą, ale zarząd firmy nie powierzy żadnemu z nich wielomilionowego kontraktu.
- a następnie dochodzenia roszczeń, mając za reprezentanta prawnika też po studiach – jak się powyżej okazało w grze mamy w rzeczywistości poważny szpital, doświadczone biuro projektowe i firmę budowlaną o wielomilionowych obrotach. Kto będąc w konflikcie, z którymś z tych poważnych graczy, jeśli zaszła by taka potrzeba, wynajmie świeżo upieczonego prawnika zamiast zwrócić się do renomowanej kancelarii?

Te zupełnie oderwane od praktycznej wiedzy o życiu, protekcjonalne pouczanie podyktowane jest troską o dobro nieuświadomionego społeczeństwa i oparte na przekonaniu, że jednostki nie są zdolne do samodzielnego podejmowania racjonalnych wyborów bez pomocy oświeconych fachowców. Ileż w niej pychy, żeby nie powiedzieć pogardy dla maluczkich, którzy nie wiedzą co czynią.

 

 

W swojej klasycznej pracy „Kapitalizm i wolność” laureat nagrody Nobla, Milton Friedman udzielaniu licencji zawodowych jako jednemu z istotnych aspektów wolności jednostki poświęcił cały rozdział. Posłuchajmy co na ten temat m.in. napisał:
„W praktyce, główny argument na rzecz licencjonowania wysuwany przez jego zwolenników nie jest przekonujący dla liberała, bowiem ma on raczej charakter ściśle paternalistyczny i małą, lub żadną siłę przekonywania. Uważa się, że jednostki nie są zdolne do prawidłowego wyboru osób świadczących im usługi, np. lekarzy, hydraulików czy fryzjerów. Aby człowiek mógł świadomie wybrać sobie lekarzy, musiałby sam być lekarzem. Uważa się zatem, że większość z nas jest niekompetentna i trzeba nas chronić przed naszą własną ignorancją. Równa się to stwierdzeniu, że my jako wyborcy, musimy chronić nas jako konsumentów przed naszą ignorancją, pilnując by ludzie nie byli obsługiwani przez niekompetentnych lekarzy, hydraulików czy fryzjerów”.

Zestawiając tekst Friedmana z „życzeniem” Andrzeja Pawlika można wysnuć wniosek, że ani inżynier, ani lekarz, ani prawnik nie są dostatecznie kompetentni aby dokonać wyboru architekta po to by zbudować sobie domek, mało tego – oni w zasadzie do tego wyboru nie mają prawa bez zgody korporacji. Również my, zwyczajni architekci (razem z prawnikami i inżynierami), nie wpadniemy na pomysł, aby zapytać się znajomych, rodziny czy innych pacjentów, u którego lekarza zrobić zabieg tylko jak bezbronne cielęta zostaniemy położeni na stoły i pokrojeni przez niedouczonych młodzieńców.

Jeśli argumentacja architektów za korporacyjnym licencjonowaniem i przeciw deregulacji będzie tak bardzo pozbawiona szacunku dla inteligencji, zdrowego rozsądku czy prawa do wolnego wyboru innych ludzi, to ciężko będzie również oczekiwać ich szacunku i uznania dla nas samych. I może ktoś z naszych klientów wpadnie na pomysł żeby zacytować innego klasyka liberalizmu Adama Smitha, który dwieście lat temu w „Bogactwie narodów” pisał o stowarzyszeniach zawodowych:
„Rzadko się zdarza by spotkanie ludzi tego samego zawodu, nawet tylko dla zabawy czy rozrywki, kończyło się inaczej jak zmową przeciw ogółowi lub jakimś układem co do podniesienia cen. Nie sposób oczywiście zapobiec takim spotkaniom przez jakieś prawo, gdyż albo nie można go wprowadzić w życie, albo też nie byłoby ono zgodne z wolnością i sprawiedliwością. Choć więc prawo nie może wzbraniać
ludziom jednego zawodu, by zbierali się od czasu do czasu, to jednak nie powinno nic czynić, aby takie spotkania ułatwiać, a tym bardziej uważać je za niezbędne”.

Zaś o kontroli cechu nad rzemieślnikami:
„Twierdzenie, że cechy są konieczne do tego, by lepiej zarządzać rzemiosłami, nie ma żadnej podstawy. Istotną i skuteczną kontrolę na rzemieślnikami wykonuje nie cech, lecz jego klienci. Obawa, aby ich nie stracić, powstrzymuje go od oszustwa i zmniejsza opieszałość”.

Adam Smith pisał to w czasie kiedy idee liberalne toczyły zwycięska walkę o obalenie średniowiecznego systemu cechowego co w efekcie się powiodło. Dwieście lat temu.

Warto więc może, zastanowić się nad trwałością rozmaitych rozwiązań i systemów zanim odeśle się ludzi myślących o wolności na seans spirytystyczny, może się bowiem rychło okazać, że deregulacja to jednak jawa.
Czy naprawdę już po kilkunastu latach działania izby nikt nie potrafi sobie wyobrazić życia bez niej? A może nikt nie umie znaleźć pozytywów wynikających z członkostwa w izbie, które mogły zachęcić inwestorów do korzystania z usług jej członków i musi używać demagogicznych argumentów i wręcz ich straszyć np. nieudaną operacja w walącym się szpitalu.

Czy stojąc na postoju taksówek i mając do wyboru korporacyjną taksówkę, nowego czystego mercedesa z numerem na drzwiach, taksometrem w środku i znanym z imienia i nazwiska przeszkolonym kierowcą a obok gruchota bez licencji zdecyduję się zaoszczędzić kilka złotych? Raczej nie, ale prawa do posiadania wyboru w tej sprawie jako wolny człowiek muszę bronić.

Skąd u architektów (a może tylko redaktorów Z:A) ten całkowity brak wiary w zdolność ludzi do dokonywania racjonalnych wyborów. Przecież inwestorzy, z którymi mamy do czynienia to ludzie, którzy właśnie takimi racjonalnymi i wolnymi wyborami zdobyli pieniądze na inwestycje.

 

 

Jeśli członkostwo w izbie byłoby dobrowolne a uprawnienia (w wielu europejskich krajach w ogóle nieznane, zaś u nas wydawane młodym przez ludzi, którzy sami żadnych egzaminów nie zdawali) miały charakter dodatkowej specjalizacji, to na rynku zaczęliby funkcjonować architekci, którzy z dumą mogliby wpisać na swoich wizytówkach, że są mgr (dr, prof.) inż. architektami, członkami Izby Architektów i SARP, a do tego podać numer uprawnień (specjalizacji). Inwestor wiedziałby wówczas, że ma do czynienia z projektantem, który dobrowolnie i płacąc składki poddał się rygorom izbowych standardów, opłacił stosowne ubezpieczenie a do tego działa jeszcze społecznie na rzecz stowarzyszenia twórczego.

Dokonując wyboru projektanta spośród członków izby inwestor w naturalny sposób akceptowałby również izbowe cenniki (izbowe cenniki nie istnieją, autor ma na myśli sytuację hipotetyczną – przyp. red.), bo przecież dla wszystkich jest oczywiste, że więcej płaci się za nowy samochód z markowego salonu niż za niesprawdzone używane auto z giełdy. Podobnie za korzystanie z usług architektonicznej elity należałoby godziwie zapłacić.

Oczywiście mógłby on również skorzystać z usług architekta „zaraz po studiach” (tego specjalisty od szpitali) bo przecież ma on już dyplom wyższej uczelni i może być wybitnie uzdolnionym człowiekiem, którego wizja tak go zachwyci, że postanowi z nim pracować świadom ryzyka związanego z jego brakiem doświadczenia. Inwestor musi mieć prawo do tego wyboru! Architekci zaś powinni inwestorów szanować wierząc w ich zdolność a przede wszystkim prawo do wolnych wyborów, bo jak można sensownie uprawić nasz zawód zakładając, że naszymi klientami są sami idioci?

Cytaty z dzieł Adama Smitha zaczerpnąłem z książki „Krótki kurs ekonomii politycznej” nieżyjącego już Krzysztofa Dzierżawskiego z tekstu „Liberalizm ograniczony” poświęconego właśnie architektom, i który warto by przytoczyć w całości. Napisany został w 1993 roku, kiedy izba dopiero z SARP miała się wyłonić i zakończony jest słowami autora:
„W zasadzie podzielam poglądy Adama Smitha, że nie powinno się zabraniać prywatnych spotkań ludzi tego samego zawodu. Jeśli jednak architekci (skądinąd przyjaźni ludzie) będą na tych zebraniach spiskować przeciwko społeczeństwu, to trzeba będzie, tak sądzę, rozważyć legalność działania SARP i jego agend”.
Być może były to słowa prorocze i jesteśmy świadkami początków tego procesu?

 


 

Zapraszamy do bezpłatnego pobierania wydanych dotychczas numerów
Zawodu:Architekt w wersji PDF

 

> polecamy: artykuły on-line

> strona główna Z:A

 

 

 


Copyright © 2004-2018 Izba Architektów RP. Wszelkie prawa zastrzeżone.  |  Zarządzanie serwisem i custom publishing: Oria Media.