Reklama  

 

 

 



       
|  IZBA ARCHITEKTÓW
ZA   |
|_04/2011  ZA

 

Ubezpieczenia OC architektów w kontekście zgłaszanych roszczeń

 

arch. Waldemar Jasiewicz

Problem ubezpieczeń architektów to nie tylko ustawowo obowiązkowe OC. To cała filozofia podejścia Izby do problemu ochrony swoich członków. Realizacja tej ochrony jest wielopłaszczyznowa. Obejmuje zarówno rozwiązania strategii legislacyjnej, ale i kwestie związane z naszymi uprawnieniami budowlanymi oraz ich zakresem. Nie mogą nam również zniknąć z pola widzenia postanowienia w zawieranych przez architektów umowach.

Ubezpieczeń OC architektów w kontekście zgłaszanych roszczeń nie da się omówić bez próby szerszego spojrzenia na problem zakresu pracy architekta i uwarunkowań prawnych, w jakich przychodzi w Polsce architektom wykonywać swój zawód.

Problem ubezpieczeń architektów to nie tylko ustawowo obowiązkowe OC. To cała filozofia podejścia Izby do problemu ochrony swoich członków. Takiej ochrony, abyśmy mogli stwierdzić – w odniesieniu do ryzyka roszczeń, które mogą ze strony naszych klientów spotkać każdego – i z podniesioną głową powiedzieć: „Tak, udało nam się spełnić, jako Izbie, zadanie i daliśmy architektom narzędzia minimalizujące ich kłopoty w trakcie wykonywania pracy”.

Chciałbym spojrzeć na ten problem ze znacznie szerszej perspektywy, niż tylko przywołując konkretne przykłady roszczeń. Samorząd zawodowy ma ustawowo wytyczone zadania. Pośród nich jest ochrona swoich członków. Realizacja tej ochrony jest wielopłaszczyznowa. Ale zawsze powinna osiągać zamierzony cel. Stąd pozwolę sobie na kilka słów szerszej refleksji i zasiania ziarna do własnych przemyśleń.

Mam tu na myśli i rozwiązania strategii legislacyjnej, ale – i co może się wydać dziwne – kwestie związane z naszymi uprawnieniami budowlanymi i ich zakresem. W szerokim kontekście tego tematu nie mogą nam również zniknąć z pola widzenia postanowienia w zawieranych przez architektów umowach. Otóż elementy, na które wskazałem są naczyniami połączonymi. Mają zasadniczy wpływ na naszą zawodową odpowiedzialność i ocenę zawodowego ryzyka. A stąd – jest już tylko jeden krok do określenia i wyboru najkorzystniejszej z naszego punktu widzenia – polisy ubezpieczeniowej, która we współczesnym, drapieżnym świecie, może stać się jedyną tarczą ochronną, broniąc tym samym nie tylko majątku naszych pracowni, ale co ważniejsze majątku i bezpieczeństwa naszych rodzin.

Nie będę zagłębiał się w szczegóły konkretnych roszczeń, przyczyn ich powstania oraz wywołanych błędami zawodowymi skutków. Ktoś powie: „Nie! Dlaczego!? Przecież właśnie nam o to chodzi! Chcemy wiedzieć, jakie błędy popełniają architekci, a zgłaszane roszczenia o naprawienie szkód mogą nam najbardziej w tym pomóc”. A ja przewrotnie odpowiadam: dokładnie nie o to chodzi. To zadanie dla ubezpieczycieli czy brokerów, którzy podjęliby się szkoleń na poziomie izb okręgowych z zakresu ubezpieczeń architektów. Problemem, który należy tu omówić jest ustalenie ryzyka naszej środowiskowej odpowiedzialności względem społeczeństwa (czytaj: nie tylko inwestorów) i pod tak określone kryteria dokonać analizy, jak ukształtować ofertę produktów ubezpieczeniowych, aby zminimalizować niemal całkowicie poziom zagrożeń. Tym samym osiągnąć zamierzony cel.

Architekt w poprzedniej epoce
Przedtem jednak – trochę historii. Do 1989 r. żyliśmy, jako architekci (i generalnie rzecz ujmując żyli tak wszyscy projektanci w budownictwie) w „kokonach” błogiej szczęśliwości. A żyliśmy tak, ponieważ nasza praca toczyła się w fabrykach projektowania w budownictwie. Nasze „szczęście” zawodowe zapewniały nam wszelkiej maści „Miastoprojekty”, „Inwestprojekty”, biura budownictwa wiejskiego, komunalnego etc. Pojęcia nie mieliśmy, że istnieje coś takiego, jak ryzyko zawodowe. Pojęcia też większość z nas nie miała, że mogą występować roszczenia inwestorów względem biur projektów. A te były. Tyle, że niewielu z nas o tym wiedziało. Dość powiedzieć, że w tamtych czasach zdecydowanie inaczej – w znakomitej większości – rozwiązywało się zgłaszane pretensje (roszczenia). Trochę po takim zadośćuczynieniu – w imieniu biura projektów – bolała głowa i wątroba Kierownika Pracowni, ale „kłopotliwe” sprawy nie oglądały zazwyczaj światła dziennego. I bardzo rzadko dochodziło do formalnej likwidacji szkód. Generalnie można stwierdzić, że wówczas było, jak uwielbia mawiać jedna z naszych Koleżanek, „i straszno, i śmieszno”, a frustracje architektów miały zupełnie inne podłoże. Wówczas architekt był ubezwłasnowolniony i wręcz blokowany w wyrażaniu jakiejkolwiek twórczości. Dzisiaj, frustracja architektów rozgrywa się na zupełnie innych polach. Polach gry wolnego rynku i swobody świadczenia usług. Która frustracja jest lepsza? Na to pytanie nawet nie będę próbował odpowiedzieć.

Początki przemian
Od połowy lat osiemdziesiątych – dzięki zaangażowaniu i aktywności w połączeniu z wizją ówczesnego Prezesa SARP-u, kol. Zbyszka Zawistowskiego, czy też niezmordowanej skuteczności w pracach na rzecz architektów „małego wzrostem, ale jakże wielkiego duchem” Sekretarza Generalnego, kol. Zygmunta Skrzydlewskiego oraz przy pełnym zaangażowaniu prekursora – można by rzec pioniera i wielkiego animatora tych działań kol. Janusza Jaworskiego, zaczęły powstawać pierwsze Pracownie Usług Architektonicznych.
Zaraz potem tworzyły się te pierwsze prywatne pracownie architektoniczne, które rozpoczęły budowę wolnego i konkurencyjnego rynku w segmencie usług projektowania architektonicznego.

Ktoś z ortodoksyjnymi poglądami – lecz, jak zwykle w takich sytuacjach bywa – z krótką pamięcią, zaraz powie, że „podlizuję się” SARP-owi. Nie, Drodzy Czytelnicy! Rozmawiając dzisiaj o kondycji i wykonywaniu naszego zawodu oraz o ryzykach jakie jego wykonywanie niesie, nie wolno zapominać nam o tych, dzięki którym ta rzeczywistość mogła ulec zmianie. I może to zabrzmi patetycznie, ale to jest nasze dziedzictwo zawodowe i powinniśmy zawsze pamiętać z uznaniem o tych, którzy postawili na tory – wykolejony po II wojnie światowej – pociąg z tabliczką „rynek usług architektonicznych”. Zwracam uwagę, że wagon ten był już na torach, zanim władza komunistyczna zgodziła się w 1989 r. na przemiany gospodarczo-polityczne w Polsce.

Jak powstała Izba
Niestety, wolny rynek ma wiele zalet, ale ma również wady, które – szczególnie w swoim początkowym etapie – „nowym” uczestnikom gry wolnorynkowej przysporzyły stresów, do których nie byli przygotowani. Jakich? Oto najważniejsze z nich. Nagle wyrwany ze wspomnianego „kokonu bezpieczeństwa” państwowego biura projektów architekt musiał:
- przygotować umowę,
- wycenić pracę,
- zatrudniać współpracowników, czyli uczyć się Kodeksu Pracy,
- zdobywać zlecenia,
- konsultować się z prawnikami,
- walczyć z dumpingiem cenowym (niestety podstawa wolnego rynku),
- na nowo uczyć się i budować struktury koordynacyjne z branżami inżynierskimi,
- czy wreszcie, umiejętnie się ubezpieczyć.

Tyle, że kto tak naprawdę robił to dobrze? Ta nauka kosztowała i była dla wielu bolesna. I chociaż w końcówce lat osiemdziesiątych oraz w latach 90. prężnie działające Porozumienie Pracowni Architektonicznych (później przekształcone w Izbę Gospodarczą Projektowania Architektonicznego) kierowane przez wspomnianego przed chwilą kol. Janusza Jaworskiego, starało się pomagać architektom w pokonywaniu trudności, o których wcześniej nie mieli pojęcia, to i tak wielu z naszych Koleżanek i Kolegów dramatycznie zaczęło odczuwać skutki wolności gospodarczej.

W 2000 roku, kiedy poziom frustracji naszego środowiska dochodził do stanu krytycznego, Sejm Rzeczypospolitej powołał do życia samorząd zawodowy architektów. I o ironio, to nie kondycja wykonywania naszego zawodu spowodowała jego powstanie, a zaawansowana już wówczas polska polityka akcesyjna do struktur unijnych, a tym samym konieczność harmonizacji polskiego prawa z europejskim.

To tak naprawdę, zadecydowało o konieczności powstania Izby. I zaręczam, że żadnemu politykowi nie zależało na poprawie kondycji wykonywania zawodu architekta, a nasze frustracje były im zupełnie obojętne.
Czy ta prawda boli? Oj tak. I to bardzo. Przecież nieświadomi w większości kulis polskiej polityki wiązaliśmy z powstaniem izby wielkie nadzieje. To izba miała się stać panaceum na wszystkie nasze stresy zawodowe. W swojej naiwności wierzyliśmy, że uda się skutecznie zlikwidować dumping przez wprowadzenie cenników, że uda się z rynku wyeliminować „czarne owce”, że wreszcie uda się uporządkować rynek usług architektonicznych w taki sposób, że tylko architekci będą mogli projektować otaczającą nas przestrzeń.

Czy samorząd jest potrzebny
Tymczasem, po wejściu w życie ustawy okazało się, że większość naszych oczekiwań pękła jak bańka mydlana. Architekci, którzy w regulacjach unijnych powinni, jako zawód regulowany, podlegać obowiązkowej rejestracji, nagle z dnia na dzień musieli należeć do 3 różnych samorządów zawodowych i podlegać aż potrójnej rejestracji, aby móc wykonywać prace, które wcześniej takich przynależności nie wymagały. I o ironio, ten brak symetrii kompetencyjnej związanej z właściwością samorządową, zupełnie pominął doklejone do ustawy o samorządach zawodowych środowisko inżynierów budownictwa, którzy pełne spektrum swoich uprawnień budowlanych mogli i mogą realizować w jednym własnym samorządzie zawodowym. Efekt – powstanie izb zamiast wzmocnić rolę architekta na rynku usług projektowych i scalić środowisko, dodało nowe stresogenne elementy.

Ale... Czy aby na pewno? Czy rzeczywiście Izba jest zbędną strukturą organizacyjną? Czy Izba Architektów rzeczywiście nie wniosła wartości dodanych? Niech każdy sam w swoim sumieniu, po niemal 10 latach działania uczciwie, chłodno i bez emocji spróbuje sobie odpowiedzieć. W kontekście tematu ubezpieczeń zawodowych – Izba Architektów RP wykonała dla środowiska architektów unikalną pracę. Udało się nam przygotować (i nie boję się tego podkreślić) najnowocześniejszą na świecie ofertę ubezpieczeniową dla architektów i to w tak nowoczesnej formule, która umożliwia w przyszłości jej elastyczną modyfikację dostosowującą ofertę do wymagań współczesnego rynku usług projektowych.

Jeśli połączymy ten fakt z opracowanym kilka lat wstecz przez IARP wzorcem umowy o architektoniczne prace projektowe, to można śmiało stwierdzić, że Izba Architektów Rzeczypospolitej Polskiej na gruncie udostępnienia polskim architektom możliwości skorzystania z narzędzi ochronnych w bezpośrednim wykonywaniu zawodu architekta wykonała swoją pracę. Niestety – i to co powiem zasmuca – ciągle w różnych organach Izby jest wielu architektów zupełnie nie rozumiejących – ani potrzeb własnego środowiska, ani celu pracy, do której zostali powołani przez okręgowe zjazdy i ani idei oraz możliwości, jakie daje – pomimo wszystkich ograniczeń samorząd zawodowy.

Sposób na uniknięcie kłopotów
Wiele rad okręgowych podejmowało decyzje o zwrocie do biura krajowej izby przekazanych druków zeszytów umów, które ich zdaniem tylko zbędnie zajmowały miejsce w szafach. Nie przyszło im do głowy i nie pomyśleli, że wzorzec umowy opracowany został przez izbę w jakimś konkretnym celu, a nie ad acta, jako zobowiązanie wynikające z jednej z Uchwał. A cel tego dokumentu był jeden: dać architektom narzędzie wraz z wiedzą, mogące pomóc im uniknąć wielu zawodowych kłopotów. Niektóre okręgowe rady nie zrobiły nic, aby upowszechnić pośród swoich członków konieczność zrozumienia i potrzebę popularyzacji umowy. Gdyby rozumieli cele naszego samorządu, zapewne nie doszłoby do wielu zgłoszonych roszczeń ubezpieczeniowych.
I w tym miejscu dochodzimy do trzeciego elementu, o którym wspomniałem na początku – strategii legislacyjnej Izby oraz zakresu naszych uprawnień budowlanych. Spytacie się, jaki to ma związek z ubezpieczeniami? Ma i to podstawowy. Oferta ubezpieczeniowa i umowa, to są narzędzia ochronne, z których możliwość skorzystania daje Izba. Strategia legislacyjna oraz zakresy uprawnień, to materia, która powinna powiedzieć nam jasno: „dokąd idziemy i zmierzamy?”. Czyli jak chcemy wykonywać we współczesnej rzeczywistości nasz zawód i w jakim zakresie chcemy ten zawód wykonywać? Bez udzielenia sobie odpowiedzi na te pytania, będziemy jako środowisko architektów, otwierać kolejne Puszki Pandory i wściekać się na otaczającą nas rzeczywistość.

Architekt niejedno ma imię
Zawód architekta w Polsce wykonywany jest na wielu płaszczyznach: w projektowaniu architektonicznym, planowaniu przestrzennym, wykonawstwie, pracy w urzędach. Każda z tych aktywności niesie za sobą inne ryzyko zawodowe. Pytanie jednak jest podstawowe, czy jako architekci chcemy bezkrytycznie brać na siebie ciężar pełnej odpowiedzialności i przy każdej okazji? A jeśli tak, to zastanówmy się czy ustawowe obowiązkowe OC architekta zapewnia taką ochronę? Otóż nie! I trzeba to wyraźnie powiedzieć. Obowiązkowe ubezpieczenie OC może co najwyżej ochronić architekta, który prowadzi jednoosobową pracownię i nie zatrudnia podwykonawców. Ubezpieczenie to chroni również architekta, jeżeli błąd jest popełniony, ale tylko i wyłącznie przez architekta. Jeśli zostaje popełniony błąd przez np. konstruktora, to takie roszczenie z polisy OC architekta będzie oddalone. Co zwykle robi inwestor? Zakłada architektowi sprawę cywilną i żąda odszkodowania na drodze postępowania sądowego. I zaczyna się problem. Dodam, że olbrzymi, ponieważ błędy inżynierów budownictwa należą do najkosztowniejszych. Co zatem powinien zrobić architekt? Ubezpieczyć pracownię! Ubezpieczyć, jako działalność gospodarczą i to klauzulą możliwości regresu w stosunku do swoich podwykonawców.

Izba w nowej umowie ubezpieczeniowej takie możliwości architektom dała i to w szerokim spektrum sum gwarancyjnych, jak i z atrakcyjną ofertą w stosunku do ofert rynkowych wysokości składek ubezpieczeniowych. A co powinna zawierać umowa?

Uwaga na triggery
Postanowienia zawarte w umowie pomiędzy architektem a klientem powinny wyraźnie wskazywać, że pracownia jest ubezpieczona i że roszczenia w pierwszej kolejności powinny być likwidowane z tej polisy. Częstym bowiem przypadkiem jest niewłaściwe zgłoszenie roszczenia przez potencjalnie poszkodowanego. Roszczenie kierowane jest z polisy architekta, pomimo posiadania zawartej polisy pracowni. W efekcie architektowi wydaje się, że likwidacja szkody jest realizowana z polisy pracowni, gdy tymczasem likwidator, w związku z niewłaściwie skierowanym roszczeniem, nie rozpatruje go i przekazuje do innego działu zajmującego się likwidacją indywidualnych ubezpieczeń OC. I co może się okazać dalej? Na przykład że OC architekta uległo... przedawnieniu zgodnie z kodeksem cywilnym.

Podaję ten przykład ponieważ jest to jeden z najczęstszych błędów popełnianych przy likwidacji szkód. Ubezpieczeniami „rządzą” tzw. triggery, czyli zakresy ubezpieczeń, stanowiące podstawę do rozpatrywania roszczeń. W Polsce wszystkie ubezpieczenia obowiązkowe, co wynika ze stosownych Ustaw, likwidowane są w triggerze Act Committed, czyli działania lub zaniechania w trakcie popełnienia błędu, a więc wyrządzenia tym samym szkody. W przypadku tego typu ubezpieczenia ubezpieczyciel odpowiada za błędy popełnione w okresie ubezpieczenia. Ochrona ubezpieczeniowa działa nawet, jeżeli po zakończeniu tego okresu ubezpieczony nie przedłuża polisy. Jednak w tym przypadku liczy się okres przedawnień. W przypadku umów o dzieło, a za takie uważane są umowy o prace projektowe, okres przedawnienia rozpoczyna się z chwilą przekazania dzieła i trwa... 2 lata. Po tym okresie następuje jego przedawnienie i roszczenie nie zostanie uznane. Oczywiście są metody, które umożliwiają przedłużenie tego okresu nawet na wiele lat, ale wymaga to od ubezpieczonego architekta działania polegającego na ciągłej (papierkowej) kontynuacji dzieła polegającego na wprowadzaniu zmian np. w trakcie pełnienia nadzoru autorskiego. Wymaga to jednak formalnej zgody klienta, a nie każdy ma na tego typu działania ochotę. Zwłaszcza jeżeli dzieło realizowane jest w trybie zamówienia publicznego.

Wspominam o tym, ponieważ okres przedawnień obowiązkowych OC nie był powszechnie znany, a i ja też zdałem sobie z tego sprawę po pojawieniu się precedensu. Stąd w nowej umowie została przedstawiona oferta możliwości dobrowolnego ubezpieczenia w innym triggerze – tzw. Claims Made, czyli od zgłoszenia roszczenia. Czym się ten zakres różni od zakresu obowiązkowego? Ujmując najprościej jak można – aby roszczenie mogło zostać zlikwidowane, musi być zawarta umowa ubezpieczenia i ubezpieczenie musi być ciągle odnawiane. Jakakolwiek przerwa w odnawianiu takiej polisy powoduje, że szkoda popełniona przed przerwą w ubezpieczeniu nie zostanie zlikwidowana. Jest to niesłychanie ważne. Z jednej strony wymaga od ubezpieczonego kontroli terminów opłacania składek, z drugiej chroni go przez okres nawet 10 lat wstecz.

Winnego brak
Innym problemem jest fakt, że w wielu przypadkach wskazanie winnego popełnienia błędu nie jest jednoznaczne. Bardzo często okazuje się bowiem, że teoretycznie błąd popełnił architekt, ale w czasie analizy akt okazuje się, że rola architekta w szkodzie, albo jest niewielka, albo żadna. Nagminnie winą za powstanie szkody obarcza się architekta, za zawinione błędy kierownika budowy lub inspektora nadzoru inwestorskiego. W takich sytuacjach likwidator szkody wskazuje poszkodowanemu, że roszczenie należy zgłosić z OC inżyniera budownictwa.

Ale są też przypadki, gdzie za błąd architekta solidarnie winnymi mogą zostać uznani razem z architektem właśnie wspomniani kierownik budowy i inspektor nadzoru. Dlaczego? Otóż, jako osoby sprawujące samodzielne funkcje techniczne powinni znać przepisy budowlane w takim samym stopniu jak architekt. Tym samym mogliby interweniować przed powstaniem szkody i błąd mógłby zostać przez architekta naprawiony. Oczywiście taka solidarna odpowiedzialność zachodzi jedynie w przypadkach przepisów budowlanych o charakterze powszechnym, a nie specjalistycznym.

To są klasyczne przykłady roszczeń. Ale zdarzają się też niestety próby wyłudzeń. Bywa, iż projektant w porozumieniu z inwestorem świadomie „popełnia błąd”, który później jest zgłaszany już jako roszczenie, a taki „poszkodowany” liczy na odszkodowanie, dzięki któremu może mieć na przykład „za darmo” projekt. Architekt – sprawca – w ramach „wdzięczności” uzyskuje kolejne zlecenie. Dziwi to Państwa? To tylko fakty takiej „twórczej” aktywności architektów. Pragnę podkreślić, że wbrew pozorom takie „błędy” są bardzo łatwo wykrywalne, a uczestnicy takiego procederu muszą się liczyć, że zostaną zmuszeni do wyjaśnień przed prokuratorem. Wybaczcie, że nie podam metod wykrywania takich nadużyć, ale to chyba oczywiste.

Współtwórzmy kulturę!
Inną skalą roszczeń jest branie na siebie przez architekta winy za... błędy branżystów. Są to najczęstsze przypadki, jeżeli w wyniku podpisanej umowy poszkodowany inwestor składa roszczenie względem podmiotu gospodarczego, jakim jest pracownia, ale architekt właściciel pracowni nie ma działalności projektowej – ubezpieczonej. W takich sytuacjach likwidator szkody ku niezadowoleniu architekta wskazuje osobę winną popełnienia błędu i jednoznacznie stwierdza, że błędu nie popełnił architekt zatem roszczenie jest niewłaściwie skierowane i tym samym – oddalone. Pół biedy, jeśli sam ubezpieczyciel prześle roszczenie do towarzystwa ubezpieczeniowego, w którym ubezpieczona jest osoba winna popełnienia błędu. Wówczas jest szansa, że roszczenie zostanie rozstrzygnięte pozytywnie dla inwestora. Najczęściej jednak jest to zwykła odmowa i architekt po raz kolejny ma problem. O życzliwości klienta, aby składał roszczenie do towarzystwa ubezpieczeniowego inżyniera budownictwa, można najczęściej zapomnieć. Inwestor w takich sytuacjach jest dziwnie szczęśliwy mogąc swoją wyższość nad architektem wyrażać przed sądem powszechnym.
To o czym przed chwilą wspomniałem jest tylko niewielkim ułamkiem możliwych sytuacji, z którymi my jako architekci możemy się w dzisiejszej drapieżnej rzeczywistości spotkać. I tu pojawiają się pytania, czy rzeczywiście dla nas architektów jest tak potrzebne branie na siebie ryzyka za cudze błędy? A może wygodniej by było założyć, przyjmując model niektórych krajów, iż architekt opracowuje coś na kształt projektu budowlanego, a tzw. projekty wykonawcze zleca się wyspecjalizowanym biurom inżynierskim, które za wszelkie rozwiązania techniczne wezmą odpowiedzialność? A lęk, że architekt traci rynek i możliwość zarobku? Wręcz przeciwnie! Architekt za nadzór nad swoim projektem otrzyma stosowne wynagrodzenie. On ma pilnować, aby jego twórcza myśl została przez takie biuro zmaterializowana. Ale nie będzie już ponosił odpowiedzialności za błędy w specyfikacjach, czy wadliwych rozwiązaniach detalu budowlanego. Po co się silić, że jest się wielkim i zna się na wszystkim? A czy nie lepiej jest przypilnować tego, co jest sensem zawodu architekta i naszej aktywności w tym zawodzie, w której czujemy się najlepiej? Tu zacytuję treść art. 2 ustawy o samorządach zawodowych, czyli „na współtworzeniu kultury przez projektowanie architektoniczne obiektów budowlanych, ich przestrzennego otoczenia oraz ich realizację, nadzorze nad procesem ich powstawania oraz na edukacji architektonicznej”.

Różne drogi samospełnienia
Współczesny rynek architektoniczno-budowlany coraz bardziej się specjalizuje. Jedni architekci znakomicie się sprawdzają w roli projektantów-twórców, ale nie mają oni ani cierpliwości ani często właściwej wiedzy technicznej. Inni zaś wiedząc że nie mają tego boskiego tknięcia, rewelacyjnie czują i znajdują się w projektach wykonawczych czy warsztatowych, potrafią znakomicie uzupełniać się wiedzą z Kolegą architektem, którego zamysł ma zostać przekształcony w rysunki kierowane na budowę. Inni, nie mający ani takiego talentu, ani też wystarczającej wiedzy technicznej mają za to inne umiejętności pozwalające im spełniać się zawodowo na przykład w roli organizatora procesu inwestycyjnego. Jeszcze inni kochają plac budowy.

Część architektów znakomicie sprawdza się w urzędach, do pracy w których, trzeba mieć wręcz powołanie. Niestety, najczęściej zatrudnieni są w nich ci, którzy traktują tę pracę, jak zesłanie do kolonii karnej. Na marginesie to najczęściej właśnie te osoby tak cudacznie potrafią nam obrzydzić wykonywanie naszego zawodu. Tymczasem, to w urzędach powinno się zatrudniać wizjonerów, którzy potrafią widzieć i kreować przestrzeń obszarów zurbanizowanych. Architektów dla których zacytowany przed chwilą artykuł z ustawy, czym jest wykonywanie zawodu architekta, powinien być ich zawodowym credo. Szkoda, że jest ich tak niewielu.
Jak widać na wskazanych przykładach mnogość możliwości samospełniania się zawodowego architektów jest olbrzymia. Jednak te wszystkie pola naszej zawodowej aktywności powinny być połączone jednym wspólnym mianownikiem, czyli gruntowną wiedzą architektoniczną – zarówno teoretyczną, jak i praktyczną. Bez niej, wszelka odpowiedzialność za popełniane błędy będzie tylko fikcją w wyniku źle dobranego – do własnej aktywności zawodowej – ochronnego pakietu ubezpieczeniowego.

 

 

Zapraszamy do bezpłatnego pobierania wydanych dotychczas numerów
Zawodu:Architekt w wersji PDF

 

> polecamy: artykuły on-line

> strona główna Z:A

 

 

 


Copyright © 2004-2018 Izba Architektów RP. Wszelkie prawa zastrzeżone.  |  Zarządzanie serwisem i custom publishing: Oria Media.