Reklama  

 

 

 



       
|  DOŚWIADCZENIA ZAWODOWE
ZA   |
|_01/2011  ZA

 

Niepojęta przestrzeń

 

 


arch. Paweł Wład. Kowalski


Wolnorynkowa modernizacja architektury przynosi zatrucie kultury. W sporze architektów z konserwatorami zabytków toczy się batalia o ład przestrzeni i jej ludzkie wymiary. Zamiast porozumienia obrzucają się epitetami o zacofaniu i braku talentu, a problem jest poważny.

Budowa na starym mieście wymaga spełnienia wymagań konserwatora zabytków. Przy rozbudowie lub plombowaniu wolnego miejsca nowym obiektem – warunki narzucają się same. Ma pasować do sąsiadów, więc automatycznie zakładamy, że należy go wtopić w otoczenie by nie naruszyć wartości historycznych i uszanować dziedzictwo kultury. Jeszcze nie umiemy ich eksponować przez zderzenie z nową architekturą. Naśladowanie historycznych form i kształtów ma ułatwić uzgodnienie projektu przez konserwatora. Coraz częściej jednak takie podejście wywołuje jego niezadowolenie, gdyż zamiast chronić środowisko kulturowe, fałszuje się historię, zaciera i dewaluuje wartości nieudanymi podróbkami. Dziedzictwo ginie otaczane kiczem.

Konieczna precyzyjność
Co robić w sytuacji, kiedy mamy zabudować duży, doszczętnie zniszczony i przez dziesięciolecia pusty teren w granicach ochrony konserwatorskiej? Dla mieszkańców wszystko, cokolwiek tu powstanie, będzie nową architekturą, bo starej nawet ich rodzice nie pamiętają. Dla konserwatora też będzie to nowa architektura, ale chciałby żeby kontynuowała ducha tego miejsca. Uważam, że nie powinien żądać rekonstrukcji nieistniejących budynków. Niewątpliwie każda zabudowa wynika z rozwoju miasta i ma związek z otoczeniem. Również te nieistniejące budynki były kiedyś związane z tymi, które ocalały wokół dzisiaj pustego miejsca, więc w tym otoczeniu ich duch trwa, ma swoje odbicie. Można założyć, że przez zachowanie skali i charakteru zabudowy spowodujemy, że stare otoczenie i nowa architektura uformowana według pewnych zasad będą do siebie pasowały, tworzyły harmonijną całość. Pozostaje pytanie, jakimi parametrami je opisać.

Inwestycje budowlane to biznes, w którym trzeba wiedzieć jak duże obiekty i w jakim standardzie można budować. Zatem warunki konserwatorskie powinny być sformułowane precyzyjnie. Dla dużych obszarów objętych ochroną kwestie te rozstrzygają plany zagospodarowania przestrzennego. Plan jest prawem miejscowym, lokalną konstytucją, opisującą co i gdzie wolno budować, według jakich procedur, a czego nie. Jak każdy akt prawa musi być zrozumiały, jednoznaczny. Nie można go interpretować jak się komu podoba, bo ustala porządek, którego wszyscy muszą przestrzegać. Prawo miejscowe powstaje jako wynik licznych kompromisów – poprzez wielomiesięczne, czasem wieloletnie ucieranie się poglądów, dyskusje i analizy. A gdy wchodzi w życie, mamy problemy z jego stosowaniem, gdyż niestety (często celowo) jest napisane wieloznacznie.

Problematyczne konkursy
Przyjęte uzgodnienia nie gaszą wszystkich konfliktów interesów, nie likwidują sporów m.in. dotyczących ochrony dziedzictwa kulturowego i zabytków. Problemy te ujawniają się zwłaszcza wtedy, kiedy władza miasta pozyskuje inwestora i chcąc mu inwestycyjnego nieba przychylić obiecuje więcej niż wynika to z uwarunkowań planu, co wywołuje oczywisty sprzeciw konserwatora pilnującego tych ustaleń. Wtedy władza sugeruje by zorganizować konkurs architektoniczny, w którym poddaje się próbie wszystkie jego paragrafy.

Komisja konkursowa wybiera zwycięzców i już w Polsce stało się regułą, że sama łamie regulamin przez odstąpienie od przestrzegania jego ustaleń, w tym wytycznych konserwatorskich. Potem organizuje się publiczną dyskusję, w której taki werdykt chce się zalegalizować. Uczestnicy konkursu wiedzą o złamaniu regulaminu, a ponieważ sami zrobili prace, które nie realizują jego ustaleń, więc nie protestują. Władza obwieszcza, że niniejszym dyskutując o wynikach konkursu prowadzi swoiste konsultacje społeczne, więc dalszy sprzeciw konserwatora byłby aspołeczny. Jeżeli coś mu się ciągle nie podoba, to informuje, że wprowadzi zmiany do planu, nagnie prawo by umożliwić zbudowanie wybranego projektu. Inwestor chce budować, władza naciska na konserwatora by odpuścił rygory, bo społeczeństwo wybrało projekt, który odzwierciedla ducha współczesności. Tłumaczy, że należy go zrealizować, bo tworzy historię, jest kolejnym elementem rozwoju dziedzictwa kulturowego. Doszliśmy do tego, że łamanie prawa zostanie uwiecznione w zrealizowanych obiektach i będzie widoczne w przestrzeni.

Architekt kontra konserwator
Projekty robią architekci. Parametry zachowania dziedzictwa kulturowego formułują konserwatorzy. Czy władza jest niewinna, bo kroi z tego co dostaje? Inwestor chce zarobić, a samorząd pokazać, że potrafi zarządzać rozwojem miasta, nawet świadomie omijając prawo ustanowione przez siebie. To też jest część naszego dziedzictwa, reminiscencja cnoty łamania prawa ustanowionego przez wroga z jednej strony, a z drugiej zasady, która przyszła ze Wschodu, gdzie wpaja się wszystkim, że prawa trzeba przestrzegać, nie wolno go łamać, ale jak ktoś bardzo potrzebuje, to może...

Źródło konfliktu jest jednak gdzieś indziej. Konserwatorzy chcą ocalić architekturę, która ma wartość materialną obiektu zabytkowego i uosabia szeroko pojęte dziedzictwo, emanuje humanizmem. Chcą, by nowe obiekty w ich sąsiedztwie również go miały, a nie epatowały wyłącznie zdobyczami technologii budowlanej, które są wdzięcznym tworzywem dla indywidualnych rozwiązań. Ich twórcy, chcąc więc stworzyć coś, czego jeszcze nie było, odrzucają sprawdzone wzory lub z owczym pędem powielają żurnalowe mody bez względu na kontekst miejsca. Kiedyś, przed modernistyczną rewolucją, architekt projektował ogólne zarysy budynku, resztę uszczegóławiał na budowie. Tworzył na miejscu, ramię w ramię z budowniczym, któremu nie musiał rysować detali, bo mieli je we krwi jako dziedzictwo pokoleń.

Budynki były tworzone z perspektywy ich odbiorców. Architektura była więc od pokoleń przesiąknięta wspólnym jej odczuwaniem przez architekta, budowniczego i użytkownika. Ten rodzaj humanizmu emanuje z niej do dzisiaj. Konserwator zabytków chce go ocalić i przenieść w przyszłość, jednak ma problem z jego opisem, ujęciem w projektowe parametry, oraz z brakiem zrozumienia ze strony architektów, którzy opuścili plac budowy jako miejsce tworzenia architektury. Już ich tam nie ma, nie wczuwają się w obiekt podczas jego budowy by go korygować w harmonii proporcji, logiki formy z funkcją i konstrukcją. Tworzą inaczej, zostali wprzęgnięci w rynkowy proces inwestycyjny.

Naśladowanie historycznych form i kształtów ma ułatwić
uzgodnienie projektu przez konserwatora.
Niestety takie podejście zamiast chronić środowisko
kulturowe, fałszuje historię, zaciera i dewaluuje wartości
nieudanymi podróbkami. Dziedzictwo ginie otaczane kiczem.


Odbiorca najmniej ważny
Modernizm pierwszej połowy XX wieku był rewolucją obejmującą wszelkie dziedziny życia, a w architekturze zmienił wszystko. Prefabrykacja i przemysłowe produkowanie elementów budowlanych wyparło rzemiosło, maszyny zastąpiły budowniczych, ich osobisty wkład. Wrażliwość twórczą na potrzeby użytkownika zastąpiły wymagania norm i wskaźników.

System realizacji inwestycji zmusza do drobiazgowego wykonywania projektów, opracowania wszystkiego przed budową. Wolny rynek sprawił, że konkurujący o zlecenie architekci zamiast skupiać się na istocie architektury związanej z jej oddziaływaniem na odbiorcę, skupili się na opakowaniu towaru w wizualizacje. Inwestor nie potrafi jej odczytać z rysunków, ale okazuje się, że również z wizualizacji. Nie potrafi wyobrazić sobie jak obiekt będzie wyglądał. Co gorsza, dla architektów też jest to zagadka, gdyż każdy tworzy wedle własnych idei, reguł geometrii i kompozycji, jak rzeźbę, bryłę, makietę oglądaną z daleka, z dystansu. Nie sięgają wyobraźnią do perspektywy przyszłego odbiorcy, nie przejmują się regułami odczytywania form architektonicznych przez ludzi.

Formy architektoniczne są odbierane wyłącznie wtedy, gdy się jest we wnętrzu przestrzeni, jaką kształtują. Odbiorca jest zawsze w jej środku, we wnętrzu ulicy, placu, budynku, odczytuje je z własnej perspektywy, a nie z lotu ptaka, skąd na projekt patrzy architekt. Obcowanie z przestrzenią zawsze jest osobiste, nie można z niej wyjść by przyjrzeć się jej od zewnątrz, z daleka, w skali rysowanego projektu i poznać zasady kompozycji, jakimi kierował się twórca. W innej, „wirtualnej rzeczywistości” pracuje projektant, a w innej jest jego praca odbierana przez ludzi. Nastąpiło rozdzielenie światów na świat twórcy i świat odbiorcy, zgubiono wspólny język je łączący.

Brak podejścia społecznego
Projektowanie podlega regułom rynkowym. Architekt często kreuje się na artystę produkującego gadżety, które im bardziej wymyślne i dziwne, tym atrakcyjniejsze w sprzedaży. Zamiast harmonii i ładu odczuwanego przez odbiorcę mamy szok proponowany przez twórcę. Wiele miast zamawia takie eksponaty jak nowy produkt do witryny by przyciągać turystów. Gdy rozpakowany towar – zbudowany obiekt – nie będzie pasował, to nie można składać reklamacji i zamienić go na inny. Będzie wpływał na nasze życie i swym wyglądem oddziaływał na emocje i podświadomość. Wyzwoli piękno lub niechęć, rozwinie wspólny język rozumienia przestrzeni, lub wprowadzi nieład, poczucie zagrożenia. Nie da miejsca dla realizacji potrzeb społecznych, lub wzmocni i wymusi kontakty między ludźmi, pozytywne lub negatywne.

Teraz buduje się wyłącznie to, co może sprzedać deweloper, a więc mieszkania, sklepy i biura. Współczesna zabudowa staje się aspołeczna. Nie ma w niej przestrzeni i miejsc sąsiedzkich, podwórek, ulic i placów, sieni, bram. Są szyby windowe, klatki schodowe, boksy pod wynajem i otwarte przestrzenie biurowe. Nie buduje się wnętrz miejskich, ulic i placów, które ludzie napełniają duchem humanizmu. Nie realizuje się zabudowy jako miejsca spotkań ludzi, nie buduje się przestrzeni społecznej. To tworzy miasto, które jest podstawą istnienia wspólnoty rozumiejących się ludzi. Wobec braku takich realizacji, centrum życia ciągle jest na starym mieście, tam architektura ma ów ludzki wymiar, tego broni konserwator i o to toczy się jego walka.

Architektura to emocja
Trudno wykorzenić stereotyp, że architektura to kształt budowli i jej wygląd, że to bryła i elewacje. Bo przecież architektura to przede wszystkim emocja płynąca z form budujących przestrzeń, emocja rodząca się u odbiorcy. Nie ma porozumienia między architektami, a środowiskiem zajmującym się zabytkami i historią sztuki. Historycy zajmują się dziedzictwem powstałym w przeszłych uwarunkowaniach, które ciągle tkwi w ludziach, a architekci tworzą w aktualnych uwarunkowaniach, w których, tak naprawdę, człowiek się dla nich nie liczy. Porozumienie wymaga wysiłku z obu stron. Konserwatorzy winni umieć określić ludzkie parametry ochranianej architektury i przyjąć, że można je przenosić współczesną formą i materiałem. Architekci powinni wejść w skórę człowieka i jego wrażliwość, poznać jak odczuwa architekturę i z tej perspektywy ją projektować. Władzy pozostaje pilnować, by przestrzegano procedur wdrażania w życie jej uzgodnień.

 

 

Zapraszamy do bezpłatnego pobierania wydanych dotychczas numerów
Zawodu:Architekt w wersji PDF

 

> polecamy: artykuły on-line

> strona główna Z:A

 

 

 


Copyright © 2004-2018 Izba Architektów RP. Wszelkie prawa zastrzeżone.  |  Zarządzanie serwisem i custom publishing: Oria Media.