Reklama  

 

 

 



       
|  FELIETON
ZA   |
|_01/2011  ZA

 

O duszach miast

TYPOWE XVIII-WIECZNE REGULARNE ZAŁOŻENIE PLACU, NANCY, PLACE DE LA CARRIÈRE | Fot. Jerzy K. Kos

 


prof. Agnieszka Zabłocka-Kos


Plac przed teatrem, muzeum, zielony plac pośród zabudowy mieszkaniowej – place od starożytności były nieodłącznym składnikiem przestrzeni publicznej. Sytuowano przy nich ważne budowle, by przypomnieć greckie agory i rzymskie fora. Plac był wizytówką społeczności, a ten kto przy lub na placu coś wybudował, „anektował” dla siebie ten fragment miasta.

O placach, niestety, współczesność powoli zapomina. Horrendalne ceny gruntów w śródmieściach, chęć wykorzystania każdej piędzi ziemi w nowych osiedlach powodują, że wspaniała sztuka kształtowania placów zanikła. Władze miejskie coś tam czasami przebąkują o nowych placach, ale na ogół potem skapią, bo korzyść (pozorna moim zdaniem) ze sprzedaży gruntu jest większa.

W myśleniu o przestrzeni publicznej, zwłaszcza w Polsce, odczuwam wręcz boleśnie brak artystycznych wizji placów. Co gorsza, nie widzę, by z miłością nauczano tej sztuki na wydziałach architektury. Kiedy ogłoszono u nas jakiś konkurs na plac miejski? Nie na budynek przy nim stojący, lecz na plac właśnie. Konkurs, który preferowałby wysmakowany, kunsztowny pomysł, a nie postawienie paru ławeczek i wybrukowanie kostką we wzorki, jak to miało miejsce w przypadku konkursu na powierzchnię (sic!) Nowego Targu we Wrocławiu czy przetargu na plac Szczepański w Krakowie.

Plac, który skupiałby osie przestrzenne, miał swoje dominanty, miał piękne wnętrze i odpowiednią do niego oprawę pierzei? Plac, który stanowiłby całość, a nie był złożony z chaotycznych kawałków żyjących własnym życiem?

Właśnie ta fragmentaryczność myślenia o miejskiej przestrzeni najbardziej mnie boli. Wtedy sięgam do przeszłości sprzed stu lat, kiedy urbanistyka europejska doprowadziła na wyżyny myślenie o placach wchłaniając wiedzę z wielu stuleci. Budując teatr, muzeum, a zwłaszcza kościół myślano o całościowej aranżacji terenu wokół nich. Starannie analizowano osie widokowe tak, by dana budowla stanowiła point de vue. W plac wplatano pomnik, fontannę i zieleń. W zależności od rangi placu i jego położenia w strukturze miejskiej oraz wizji eksponowania budowli, pomnika, lub obu rzeczy naraz, kreowano centrum placu jako obszar niezabudowany czy też z gmachem pośrodku, z wysoką zielenią lub tylko parterami kwiatowymi. Bardzo ważny był układ ścieżek i mała architektura: ławki, oświetlenie, nawet kosze na śmieci i kraty chroniące pnie drzew przed psimi odchodami. To było dzieło całościowe, pięknie zakomponowanymi placami wybitni urbaniści wpisali się w annały historii architektury. A dziś?

Przepiękne place wypełniały co bardziej ekskluzywne dzielnice mieszkaniowe nawiązując do idei angielskiego skweru. Wysmakowana kompozycja zieleni autorstwa najwybitniejszych artystów – ogrodników (gdzież znikła ta wspaniała profesja?) tworzyła romantyczne zacisza do wypoczynku, altany z krzewów kryły małe pomniki, a w źródełkach kojąco szumiała woda. Gdzie w dzisiejszych, ekskluzywnych i potwornie drogich osiedlach ogrodzonych płotem i strzeżonych przez portierów są takie place? W najlepszym wypadku wciska się tam miejsca zabaw dla dzieci, bo tego wymaga młody klient. Z pewnością oburzeni architekci przyślą mi zaraz piękne projekty. Bardzo bym się z takich prezentów ucieszyła! Tak, tak, projekty są (zresztą na ogół nie takie wcale piękne!, bo wiedzy na temat pięknej urbanistyki dramatycznie brakuje), realizacji jednak zwykle nie doczekują, bo cenną przestrzeń zajmują jeszcze cenniejsze płatne miejsca parkingowe.

Może jednak tak źle nie jest? Kiedy przypatruję się mojemu Wrocławiowi, widzę pewne nieśmiałe pomysły: placyk z rzeźbą poćwiartowanego konia przy ul. Szewskiej jest próbą ratowania urbanistycznie kiepskiego fragmentu ulicy. Jednak ławeczki doprojektowano tam dopiero po usilnych żądaniach wrocławian – architekci już na to nie wpadli! Także położony nieopodal plac przy kościele św. Marii Magdaleny oparł się zakusom historycznych purystów, którzy chcieli powrócić na nim do średniowiecznej linii zabudowy. Dziś mamy tu przestrzeń ahistoryczną – wolną od budynków, trochę wybrukowaną, trochę zieloną (wspaniale pachnącej lipy nie mogę odżałować, komu ona przeszkadzała?). Znalazły się i ławeczki, bardzo artystyczne, ale kiepsko się na nich siedzi, bo są kamienne, a więc zimne. Stoi nawet fontanna ochrzczona „piłką futbolową”. Więc cały repertuar w zasadzie jest.

Marzy mi się lifting innych śródmiejskich placów mojego miasta – szczególnie Nowego Targu. Niegdyś pełen życia plac targowy, dziś mógłby być zieloną oazą – coś pomiędzy Place des Vosges w Paryżu a londyńskim Portland Square. Właśnie podczas prac archeologicznych odkopano fundamenty stojącej tu do 1945 roku barokowej fontanny Neptuna – woda więc już jest, brakuje ekskluzywnej kompozycji zieleni. Ale historyczni puryści nie dopuszczają myśli o parku angielskim na dawnym średniowiecznym placu, a kreatywni włodarze miasta zarządzili na nim podziemny parking. Więc sadzić drzewa będzie trudno – chyba że takie z plastiku...


JEDEN Z WIELU MALOWNICZYCH XIX-WIECZNYCH SKWERÓW LONDYŃSKICH W TYPIE PARKU ANGIELSKIEGO | Fot. Jerzy K. Kos

 

 

Zapraszamy do bezpłatnego pobierania wydanych dotychczas numerów
Zawodu:Architekt w wersji PDF

 

> polecamy: artykuły on-line

> strona główna Z:A

 

 

 


Copyright © 2004-2018 Izba Architektów RP. Wszelkie prawa zastrzeżone.  |  Zarządzanie serwisem i custom publishing: Oria Media.