Premiera Z:A nastąpiła: 19.11.2007, ostatnia aktualizacja serwisu www: 15.02.2011


Reklama

 
 

 

 

Dostrzegać siłę profesjonalizmu

Artykuł   
opublikowany   
w Z:A_01_2008 

 

Artykuły on-line

 

Czy nominacja wiceprezesa Krajowej Rady Izby Architektów na stanowisko podsekretarza stanu w Ministerstwie Infrastruktury przyniesie środowisku pozytywne rozwiązania? Jakie mogą to być zmiany? Z ministrem Olgierdem Dziekońskim rozmawiamy o postrzeganiu i budowaniu pozycji architekta w polskich i europejskich realiach.

 

 

 

 

Po nominacji odebrał Pan zapewne wiele gratulacji od koleżanek i kolegów architektów. Czy pojawiły się jakieś szczególne życzenia?
> Gratulacji było sporo, a w życzeniach... powiedziałbym, że widoczna była nuta pewnej nadziei, że może nastąpić jakiś przełom w sposobie działania ministerstwa w odniesieniu do ładu i jakości przestrzeni. Ciekawe, że właściwie nie było życzeń, które mówiłyby, że teraz to nam jako architektom będzie lepiej. To bardzo pozytywne.

Jak w przygotowywanych przez ministerstwo warunkach legislacyjnych ulokowana będzie pozycja architekta?
> Jako ważnego, fundamentalnego partnera procesu inwestycyjnego. Takiego, który określa, jak inwestycja ma zostać wykonana, jak ma wyglądać. Który jest w stanie to przedyskutować z inwestorem i społeczeństwem. A jednocześnie takiego, który będzie ponosił odpowiedzialność za rezultat tego produktu.

Nie ma obawy, że rezygnacja z wydawania pozwoleń na budowę i pozwoleń na użytkowanie spowoduje dalszą „liberalizację” rynku i uszczerbek dla przestrzeni publicznej? Aktualnie mamy sytuację, w której warunki zabudowy są wydawane pod kątem samych zainteresowanych.
> Nie mieszajmy kwestii zezwoleń na budowę i odbioru budowy z kwestią ładu przestrzennego i z kwestią warunków zabudowy. Przecież zgodnie z obecnym systemem prawa w procesie zezwolenia budowlanego nie ma żadnej możliwości wykonywania jakiejkolwiek oceny jakościowej. Badamy tylko, czy projekt jest, czy jest kompletny, czy okładki są zrobione zgodnie z rozporządzeniem o treści i formie projektu. A także czy plan zagospodarowania działki lub terenu jest zgodny z decyzją o warunkach zabudowy lub miejscowym planem zagospodarowania przestrzennego albo z decyzją celu publicznego, jeśli taka została wydana. Czyli można powiedzieć, że ta decyzja już teraz jest martwa z punktu widzenia kształtowania jakości przestrzeni. Ona nie ma żadnej wartości sprawczej, która powodowałaby poprawę stanu zagospodarowania przestrzennego.

Natomiast druga część pytania, dotycząca warunków zabudowy, jest czymś odrębnym. Chcemy, żeby prawo budowlane mówiło o warunkach technicznego prowadzenia inwestycji i o relacjach pomiędzy uczestnikami procesu inwestycyjnego. Do tego powinno służyć prawo. Natomiast kształt i standard zabudowy, jakość przestrzeni są formułowane w procesie zagospodarowania przestrzennego. W nim podstawowym partnerem, aktorem i siłą sprawczą jest gmina. Gmina określa swoją politykę przestrzenną i odzwierciedla ją w studium oraz poprzez odpowiednie stosowanie narzędzi do jej realizacji. W tej grupie są miejscowy plan zagospodarowania, proponowana przez ministerstwo decyzja o zatwierdzeniu urbanistycznego planu realizacyjnego czy decyzja o formule tzw. zgłoszenia urbanistycznego, w odniesieniu do budynków jednorodzinnych. Jest to także decyzja o ustaleniu lokalizacji inwestycji celu publicznego – tam gdzie tego rodzaju decyzje mają miejsce.

Dlatego chcemy odejść od wydawania decyzji o warunkach zabudowy i zagospodarowania terenu, które spełniają – co oczywiste – oczekiwania inwestorów. Ale też popatrzmy na to w ten sposób: a dlaczego mamy nie działać na rzecz inwestorów? Przecież inwestor nie jest jakimś odrażającym monstrum, tylko instytucją, która ma pomysł na rozwój i rozbudowę miasta. Przecież to inwestorzy budują miasta, a nie my, prawda?


zlota1


Muszą być jednak jakieś ramy określające zakres działalności inwestorów?

> Zastanówmy się, w jaki sposób stworzyć mechanizm, który inwestorzy mogliby racjonalnie i z lepszym pożytkiem dla siebie, ale i dla nas wszystkich, wykorzystać. Wykorzystać swoje zdolności, swoją kreatywność i swoje pieniądze. Ale także pieniądze nasze, bo często są to fundusze pożyczone lub pieniądze przyszłych klientów, którzy te mieszkania kupią lub wynajmą powierzchnię...

I właśnie dlatego mówiłem wcześniej, że tak ważny jest mechanizm kontroli i dyskusji społecznej. Dzięki temu wytwarza się akceptacja i przyjęcie rozwiązania. W pewnym stanie świadomości społecznej i uzgodnienia społecznego. W czasach demokratycznego społeczeństwa, globalnej gospodarki i liberalnej ekonomii nie można udawać, że będziemy budowali miasta poprzez system zakazów i nakazów. To nie jest taka epoka. To się nie mieści w tym porządku.

Pytanie brzmi, czy całą odpowiedzialność można podporządkować zamierzeniom inwestorów?
> Zwykle powtarzam, że przecież decyzje o warunkach zabudowy, które tak często są kontestowane – robione są przez osoby posiadające odpowiednie uprawnienia zawodowe, będące członkami Izby Architektów albo Izby Urbanistów. Nie znam ani jednego przypadku, by jakakolwiek Izba wytoczyła proces przeciwko osobom, które taki dokument sporządziły w sposób rażąco niezgodny z zasadami zagospodarowania przestrzennego. A przecież te dyrektywy ładu przestrzennego, odpowiedzialności wobec klienta, wobec społeczeństwa – są częścią kodeksów etyki zawodowej zarówno urbanistów, jak i architektów. O tym także warto pamiętać.

Czyli ma to być sprawa etyki zawodowej i sumienia architektów?
> Znowu wracamy do kwestii odpowiedzialności osobistej. Nikt za nas tego nie będzie robił i sami w tym uczestniczymy. Sami jesteśmy współsprawcami stanu rzeczy, w którym żyjemy.

Czy z tym nie wiąże się konieczność edukacji inwestorów? Przecież powinni mieć większą świadomość roli architekta i roli architektury. Owszem, obiekt, który chcą zbudować, ma być dla nich źródłem zysku, ale przecież jednocześnie kształtują przestrzeń, w której wszyscy żyjemy.
> Nie ma innej możliwości niż publiczna dyskusja, profesjonalna krytyka i mechanizmy nagród: infamia publiczna wobec obiektów i miejsc, które są brzydkie, i nagradzanie tych, które są dobre. Absolutnie kluczowa jest tutaj rola środowisk zawodowych i mediów. Nie da się tego zrobić inaczej – i to pokazują doświadczenia wszystkich krajów europejskich. Nie metodą nakazów i zakazów, ale poprzez promocję i krytykę. Nawiasem mówiąc: dlaczego nie mamy nagrody „zielonej cytryny” dla budynku architektonicznego? Czyżbyśmy się bali powiedzieć, że coś jest brzydkie?

O ile mnie pamięć nie myli, kilka pism organizuje takie plebiscyty dla czytelników. Zatem mówi się o „zielonych cytrynach”, z tym że nie zawsze jest to ocena profesjonalistów. Choć z drugiej strony – zwykli ludzie też powinni dobrze się czuć w otoczeniu architektury.
> Właśnie – dyskusja społeczna jest konieczna. Pamiętajmy jednak o sposobie rozumowania inwestora. Przecież on sprzedaje produkt, który jest kupowany, szeroko mówiąc, przez społeczeństwo. Jeżeli społeczeństwo tego produktu nie będzie chciało kupić, to musi on zmienić jego formę. Czyli nie jest tak, że musimy kształcić inwestora. Powinniśmy raczej bardziej wpływać na sferę jego klientów, konsumentów jego produktu.

Jeśli konsumenci będą chcieli kupić lepszy produkt, to inwestor będzie go „dostarczał”. Proszę zwrócić uwagę – to już w Polsce się dzieje! W ogłoszeniach firm deweloperskich pojawiają się informacje kto jest autorem projektu. Taki deweloper już wie, że marka architekta, projektanta pomaga mu w sprzedaży, że zaczyna być w społeczeństwie wartością niematerialną. Jeżeli więc używa jej w reklamie produktu – to zrozumiał, że daje mu to zyski. To chyba dobrze, prawda?

W takim razie idźmy dalej w tym kierunku. Musimy lansować markę architektury i markę architektów, ale tego nie da się jednak robić bez lekkiego krytykowania tych, którzy są słabsi.

Efekty takich działań przyniosą nam lepszą architekturę?
> Jakość miasta jest budowana przez obiekty „środka”, które nie są ani gorsze, ani nadmiernie wybijające się. Jeśli średni standard jakościowy jest silny i powszechny, to jest dobrze. Dopiero w ramach tego standardu można sobie pozwolić na znaki szczególne, które dodają smaku. W Wiedniu stoi Dom Hundertwassera, ale gdyby cały Wiedeń był taki – byłby nie do zniesienia.

Podobnie jak silna klasa średnia tworzy silne państwo – tak samo silna klasa średnia architektury tworzy porządek przestrzeni.

Z tym że tworzenie tej klasy wymaga zdobywania zleceń. Czy procedura zamówień publicznych tego nie utrudnia? Czy w obecnej formie pozwala wyłonić najlepszego projektanta?
> To jest oczywiste, że nie. Obecna procedura przetargów nie pozwala uzyskać najlepszych projektów pod względem jakościowym. Ja osobiście uważam, że dosyć dobre rozwiązania są stosowane w Wielkiej Brytanii. Tam nie ma „zero--jedynkowego” podejścia, bo to jest bardzo pragmatyczne społeczeństwo. Tymczasem u nas bardzo często słyszymy: albo konkursy, albo nic. To też nie jest najlepszym rozwiązaniem.

W Wielkiej Brytanii istnieje mechanizm tzw. wyborów projektów na bazie konkurencyjności – Quality Based Selection oraz związanych z tym tzw. Design Quality Indicators, czyli wskaźników pozwalających ocenić jakość projektów. To tworzy wartość klasy średniej w architekturze. W Wielkiej Brytanii – i uważam, że to jest ważne wyzwanie dla Polski – nie chodzi o to, żeby wspierać dzieła wybitne, które są rezultatem konkursów, ale o to, by uzyskać wysoki średni poziom. A to odbywa się poprzez konkurencję profesjonalną, ale nie wymagającą tego szczególnego wyzwania emocjonalnego, jakim jest rozstrzyganie konkursu.

Wydaje mi się, że to, czego brakuje w polskim mechanizmie wyboru projektów, szczególnie tych, które są finansowane z pieniędzy publicznych, to jest właśnie brak takiego dyskursu pomiędzy zlecającym a wykonującym. Dyskursu, którego profesjonalizm wymaga jednej rzeczy – pełnej świadomości celów, które zlecający chce osiągnąć. W Polsce niestety nie zawsze ma to miejsce.

To oznacza również – i to jest znowu ważne z punktu widzenia projektantów – że aby zlecający mógł zdefiniować swoje zamówienie, musi posłużyć się doradcą architektonicznym, który zrobi pierwsze założenie, analizę, koncepcję. Nie roszcząc sobie do tego praw autorskich, co jest bardzo trudnie w naszym polskim podejściu.

Zmiana podejścia wymagałaby prawdopodobnie pomysłu na realizowanie tego rodzaju usług?
> Popatrzmy na zawód architekta jako na zawód konsultanta jakości przestrzeni, konsultanta jakości architektury. Oczywiście dobrze opłaconego.

W Wielkiej Brytanii funkcjonuje znakomita instytucja – Commission for Architecture and the Built Environment. CABE jest agencją rządową utworzoną przez ministra do spraw kultury i dziedzictwa, przy współpracy z ministrem do spraw społeczności i lokalnych samorządów (zwróćmy uwagę, że właśnie ten departament odpowiada za architekturę i planowanie przestrzenne). Komisja poprzez panele dyskusyjne, promocje, media i inne rozmaite zabiegi zajmuje się m.in. budowaniem standardów jakości przestrzeni zurbanizowanej.

Można powiedzieć, że to trochę chichot historii. Mieliśmy przecież w Polsce Komitet do Spraw Urbanistyki i Architektury. Było to w kompletnie innych warunkach ustrojowych, innym systemie gospodarczym i politycznym, ale cele tamtej instytucji były bardzo zbliżone do generalnych celów CABE. Oczywiście tamte metody były metodami dyrektywnymi, a dziś używa się dyskusji i rozmowy.

To, co robi CABE, jest ważne z jeszcze jednego powodu – Komisja zatrudnia wielu ekspertów, by, jako konsultanci architektoniczni (nie zawsze są to architekci), uczestniczyli w dyskusji z deweloperami. Konsultanci, mając pewną wiedzę o procesach inwestycyjnych, stają się języczkiem u wagi między lokalną władzą a deweloperem, mówiąc: to jest lepsze rozwiązanie, to jest gorsze rozwiązanie. To będzie wam lepiej służyło, to będzie wam służyło gorzej.

Jednym zdaniem architekt może się realizować w różny sposób?
> Tak, i to jest bardzo ważne. Rozmawiałem kiedyś w Nowym Jorku z konsultantem architektonicznym – Polakiem, pracującym dla znaczącego tam dewelopera. Opowiadał, że jego rolą jest takie sformułowanie zadania – często dla sław architektonicznych – by inwestycja była architektonicznie poprawna, architekt mógł się wykazać, a jednocześnie deweloper osiągnął swój rezultat ekonomiczny. W Polsce takiej funkcji właściwie nie ma. Oczywiście taki konsultant musi rozumieć potrzeby zarówno inwestora, architekta, jak i społeczeństwa, czyli potencjalnego odbiorcy.


zlota2


W Polsce mamy trzy izby budowlane: inżynierów, architektów, urbanistów. Najsilniejszą na pewno jest Izba Inżynierów...

> Bardzo specyficznie zadaje pan to pytanie: mamy w Polsce trzy izby budowlane... To pokazuje pewien kompleks architektów, którzy są w jednej ustawie z izbą inżynierów budownictwa.

Mamy oczywiście trzy Izby i każda z nich ma swoje obowiązki, ale ja osobiście jestem bardzo daleki od tego, by uważać, że za pomocą systemu prawnego można jednoznacznie rozdzielić zakres kompetencji: ten inżynier jest od projektowania budowlanego, ten od projektowania architektonicznego, a ten od projektowania urbanistycznego. Proszę zwrócić uwagę, że w wielu sferach to się zaciera, choćby w sferze sporządzania urbanistycznego planu realizacyjnego, decyzji o warunkach lokalizacyjnych dla celu publicznego. Właściwie nie ma przeszkód, aby takie opracowania robił architekt, który ma również pewną wiedzę o przestrzeni, ale jednak może brakować mu wiedzy o zjawiskach społecznych, ekonomicznych, o procedurach.

Z drugiej strony nie jest wykluczone, że szczegółowy plan miejscowy 1:500 z elementami architektury (jak jest to w zamierzeniu nowej ustawy) równie dobrze może zrobić urbanista. I powiem więcej, choć tu się być może narażę wielu kolegom – wcale nie jest wykluczone, że niejeden z inżynierów budownictwa potrafi również zrobić dobry plan urbanistyczny, mając świadomość zjawisk, problematyki wymiaru przestrzennego, kwestii technicznych itd.
Proszę zwrócić uwagę na jeszcze jeden aspekt. Może się okazać, że w tak rozumianym procesie realizacji inwestycji – gdy architekt jest autorem projektu budowlanego i na końcu podpisuje zgodność budowy z projektem – niejeden z architektów będzie znakomitym inspektorem nadzoru inwestorskiego. Znacznie lepszym niż ten, który dzisiaj prowadzi inwestycje. Do czego bowiem zmierza funkcja inspektora nadzoru inwestorskiego, jeśli nie do pilnowania interesu inwestora? A architekt będzie potrafił znacznie lepiej pilnować tego interesu, co zresztą sprawdza się w wielu krajach europejskich.

Dlatego wydaje mi się, że powinniśmy łagodniej patrzeć na te formalne rygory, które rozstrzygają o tym, kto jest od czego. Natomiast należy baczniej zwrócić uwagę na to, że to rynek będzie jednak decydował o tym, kogo wybierze. W wielu krajach europejskich, które mają bardzo dobrą tradycję architektoniczną, nie ma formalnego rozgraniczenia pomiędzy możliwością projektowania lub udziału w procesie inwestycyjnym. To oczywiście podkreśla, jak ważna jest kwestia ochrony tytułu architekta – to powinno być dla klienta symbolem profesjonalizmu i podstawą wyboru.
Ktoś, kto ma tytuł architekta, z jednej strony ma odpowiednie wykształcenie, a z drugiej – odpowiednią praktykę zawodową. I to potwierdzaną ciągłym doskonaleniem zawodowym. To też jest bardzo ważne – nie jakim dobrym się było, uzyskując uprawnienia, tylko jakim dobrym się jest w chwili, kiedy z tych uprawnień się korzysta.

W ten sposób dajemy klientowi szansę wyboru i szansę docenienia: tak, lepiej jest wybrać architekta, ponieważ architekt lepiej rozwiąże moje problemy.

Czy to znaczy, że może wybrać inżyniera?
> W wielu krajach europejskich wybiera inżyniera konstruktora. Nawet w Niemczech, gdzie mamy podział na izbę architektów i izbę inżynierów budownictwa. Koledzy, którzy są w izbie inżynierów budownictwa, równie dobrze mogą projektować obiekty architektoniczne. Każde. W Finlandii, która ma niezłą architekturę, nie ma w ogóle ochrony tytułu architekta ani żadnych uprawnień zawodowych. Każdy, kogo inwestor poprosi, może zrobić projekt, który jest realizowany. W Wielkiej Brytanii istnieje ochrona tytułu architekta poprzez mechanizm Architects’ Registration Board, ale to jest tylko ochrona tytułu architekta – projektować może każdy. Mówię to z pełną świadomością, wiedząc, że przez wiele osób będzie to odebrane kontrowersyjnie. Jeżeli jednak uważamy, iż jesteśmy lepsi – pokażmy to. Dlatego że inni nas takimi widzą, a nie dlatego że gwarantujemy sobie dostęp do zawodu poprzez formalne regulacje ustawowe.

W kwestii dokształcania środowisko niepokoi się, że znowu ktoś coś nakaże. A przecież choćby dyrektywa o uznawaniu kwalifikacji wskazuje na ogromne znaczenie stałego podnoszenia kwalifikacji. Lekarze mają obowiązek ustawowy. Czy architekci też będą taki mieli?
> Wydaje mi się, że kształcenie ustawiczne jest jednym z podstawowych standardów europejskich w krajach takich jak Niemcy, Wielka Brytania, Hiszpania... Oczywiście problemem jest, czy powinno być przymusem formalnym, czy potrzebą wewnętrzną. Osobiście wolałbym, żeby było potrzebą wewnętrzną. Dlatego nie mam na dziś jednoznacznej odpowiedzi, czy to zagadnienie powinno być zawarte w ustawie czy nie. Natomiast z wielką radością witałbym sytuację, w której Izba sama nałożyłaby na siebie tego rodzaju obowiązek. I to byłoby najwłaściwsze rozwiązanie. Stan świadomości środowiska, w którym mówimy: tak, to jest potrzebne dlatego, że spowoduje lepszą jakość naszego działania, nasze wyróżnienie wobec innych zawodów i w odniesieniu do społeczeństwa. Mnie się wydaje, że to jest właściwsze podejście.

To będzie obowiązek etyczny. Ale może pojawić się problem: dobrze, jako architekci podniesiemy nasze kwalifikacje, tylko kto zagwarantuje, że dostrzegą to inwestorzy?
> Popatrzmy na to z jeszcze innego punktu widzenia. Bardzo często zapominamy, że żyjemy w świecie globalnym, że układ z Schengen to nie tylko otwarcie granic, ale również rozszerzenie ruchu inwestycyjnego, a wraz z ruchem pieniędzy zaczyna się mobilność architektów, projektantów.

Jeżeli nagroda roku Royal Institute of British Architects (RIBA) zostaje przyznana za projekt, który jest sztandarowym projektem w Hiszpanii, czyli madryckie lotnisko Barajas – oznacza to, że granice zaczynają się zacierać. Architektura, jak przed wiekami, zaczyna się wiązać z wędrówką architektów pomiędzy krajami. Konkurencja w wymiarze europejskim zaczyna rosnąć... I okaże się, że lepsi inwestorzy będą woleli lepszych architektów. Lepszy architekt to taki, który jest bardziej profesjonalny. A bardziej profesjonalny, to ten, który spełnia poziom standardu europejskiego. I to nastąpi.
To nie jest kwestia na dziś, ale sądzę, że za 10 lat to będzie bardzo powszechna praktyka. Tym bardziej że Rada Architektów Europy (ACE) wyraźnie mówi, że tzw. kwalifikacja architekta europejskiego nierozłącznie związana jest z formułą stałego doskonalenia zawodowego. Od tego nie ma ucieczki.

Rozmawiał Sebastian Osowski

 
Artykuły on-line
 



Z:A do pobrania Z:A do pobrania

© Oria Media. Wszelkie prawa zastrzeżone.