Premiera Z:A nastąpiła: 19.11.2007, ostatnia aktualizacja serwisu www: 15.02.2011


Reklama

 
 

 

 

Cisza i wiatr Tybetu

Artykuł 
opublikowany 
w Z:A_01_2008 

 

Artykuły on-line

  Widok na Shishapangmę

Silny wiatr, przenikający do szpiku kości. Brak drzew. Kurz i cisza. Aż dzwoniąca w uszach. W zasięgu wzroku pustka. Ją nie tylko widać. Ją czuć... To Tybet – kraina śniegu i górskich szczytów, z których niebo już tylko na wyciągnięcie ręki. Himalaje. To także twardzi ludzie gór. I jaki – zwierzęta chyba najbardziej wytrzymałe na świecie.

 

Na zdjęciu: Widok na Shishapangmę

 

 

 

Azji trzeba doświadczyć. Przeżyć na własnej skórze. Wrażeń nie da się zrozumieć, oglądając fotografie. To od lat gna mnie do tamtych krajów. Przenieść się na chwilę do innego świata, wtopić w odmienną kulturę, sztukę, religię i temperament mieszkańców. Połączenie pasji i przygody... Ekscytowało mnie to od zawsze. Jeździsz w różne miejsca i czujesz, że żyjesz...

Sztuka wyboru
To świat jedyny w swoim rodzaju. Tybetańczycy wierzą, że pochodzą od małp, a pierwszy król Tybetu zstąpił na Ziemię z nieba. Wraz z nim spadły święte księgi. Taki był początek...

Był październik. Właśnie skończyłem objazd po źródłach świętych rzek: Jamuny i Gangesu. Pojechałem do stolicy Nepalu – Kathmandu, gdzie załatwia się wszystkie zezwolenia na wjazd do Tybetu. Bez nich nie można nawet marzyć o podróży do krainy śniegu. Na co jak na co, ale na wyrozumiałość władz chińskich nie ma co liczyć...

Stanąłem przed odwiecznym dylematem podróżników – dokąd dalej? Na wschodzie czekały bezkresne stepy Khamu, ziemia nieustraszonych wojowników Khampów, na zachodzie zaś – Ngari, z majestatyczną górą Kailash i wrotami do mitycznej krainy Shang Shung. Kusił też centralny Tybet: ziemia królów, centrum rozwoju kulturalnego i duchowego. Najpierw zamierzałem odbyć korę, pielgrzymkę dookoła świętej góry Kailash. To krótki, wymagający trekking na wysokości powyżej 4600 m n.p.m. Wewnętrzny głos podpowiadał mi jednak, że gdzieś tam, w dalekim Ngari kryje się miejsce bardziej magiczne. Miejsce, które czeka właśnie na mnie.

Do innej rzeczywistości
Podróż do takich zakątków świata to wyrwanie się z codzienności, poukładanej aż do bólu, gdzie pożera rutyna. Każdego z nas ciągnie, by choć na chwilę poczuć taką wolność! W doświadczaniu Azji wspaniała jest świadomość, że nigdy nie wiemy, co nas za chwilę spotka: choroby, wypadki, wariaci... Przebywanie z ludźmi o innej kulturze, którzy niejednokrotnie nie wiedzą nawet, czym jest kaloryfer, rekompensuje wszystkie trudy. Poznajesz ich życie, historię, opowieści i nareszcie widzisz świat ich oczami. Podczas jednego z wyjazdów mieszkańcy przynieśli mi zwierzaka. Wyglądał jak kret, a nocą pohukiwał jak sowa. Spytali mnie, czy nie mam na niego ochoty. Potem po prostu go zjedli. Do tej pory się zastanawiam, co to było...

Widok ruin pałacu Guge
Widok ruin pałacu Guge

Stupa – Tybetańczycy wierzą, że spadła z nieba
Stupa – Tybetańczycy wierzą, że spadła z nieba

Wejście do świątyni w ruinach królestwa Guge
Wejście do świątyni w ruinach królestwa Guge

Przyjaźń poprawna politycznie
Ruszam z Kathmandu. Podróż do Kodari, granicy z Chinami, to przyjemność: zielone góry, rwące rzeki, przepiękne wodospady i nepalskie wioski. Sielanka. Po kilku godzinach dojeżdżam do granicy, załatwiam formalności i przekraczam most „przyjaźni” łączący Nepal z Chinami. Biorąc pod uwagę, że daje on początek „autostradzie przyjaźni” pomiędzy narodem chińskim i tybetańskim, nazwa ta brzmi jak czarny humor...

Tak trafiam do Zhangmu, przygranicznego miasta. Ono dla odmiany nie jest ani trochę przyjazne. Po kilku godzinach czekania na zezwolenia słyszę, że w dalszą podróż mogę ruszyć dopiero nocą. Powód? Prozaiczny – remont „autostrady przyjaźni”. Nie po raz pierwszy w Tybecie wprowadza się surowe zakazy. Przy okazji dowiaduję się, że nie ma sensu jechać na trekking pod Mount Everest. Ktoś zawiesił flagę wolnego Tybetu i szlak zamknięto do odwołania. Tak tu już jest. To na szczęście nie mój kierunek.

Wspomnienie dawnej świetności
Wiele już widziałem w Tybecie, poznałem jego skarby i sekrety. Niestety, z roku na rok obserwuję zmiany na gorsze. Coraz więcej chińskich osadników i coraz mniej rodzimej, tybetańskiej społeczności. Z każdym rokiem wymiera pokolenie, które pamięta jeszcze piękną duchową tradycję tybetańskiego buddyzmu. Za sprawą wielkiego mistrza Padmasambhavy potrafiła ona połączyć w VIII w. różne społeczności w jeden naród. Stoczył on heroiczną walkę z demonami, które uniemożliwiały wybudowanie świątyni w Tybecie. Wiele z nich przekonał, by stały się strażnikami buddyjskich nauk, pozostałe zniszczył lub przegnał z tybetańskiej ziemi.

Tsada – takiego widoku nie ma nigdzie indziej
Tsada – takiego widoku nie ma nigdzie indziej

Tybetańczycy za punkt honoru postawili sobie rozwój wewnętrzny człowieka, poznanie mocy serca i urzeczywistnienie drogi Buddy – miłości i współczucia. 300 lat temu to było królestwo w pełni rozkwitu, a dziś przypomina makietę. Tylko że to jest rzeczywistość. Mieszkańcy skrywają czasem niezwykłe skarby – bogato zdobione rzeźby, malowidła zwinięte w kącie jak zwykły dywan. Nawet nie pamiętają, że mają takie cuda. Czasem nie chcą mówić na ten temat. Przez kilkaset lat region nawiedzał kataklizm za kataklizmem, potem weszli komuniści i dokonali dzieła zniszczenia...

Aż sufit spada na głowę
Z samego rana ruszam w długą trasę do Paryang. Od dwóch dni nieustannie jadę jeepem. Każdy, kto po takim czasie odważy się wjechać na mającą 5120 m n.p.m. przełęcz Tong La, musi się spodziewać choroby wysokościowej. To ona najbardziej wykańcza turystów. Idziesz sobie normalnie, a w jednej chwili stajesz się tak słaby, że siadasz i mówisz: „Nie daję rady”. Objawy są różne: kilkudniowy ból głowy, mdłości, osłabienie, a czasem nawet halucynacje. Żeby przetrwać, nie można robić gwałtownych ruchów. Trzeba uspokoić oddech i pić dużo wody. Kiedyś, podczas organizowanego przeze mnie wyjazdu, pewna kobieta dopiero po kilku dniach przyznała się, że nie może spać. Gdy się kładła, czuła, że sufit spada jej na głowę, więc przez cały pobyt w Tybecie ani razu się nie położyła. Ludzie mówią, że wszystko jest dobrze. Skąd mam wiedzieć, że nie jest?

Mało kto chce ruszyć na zachód Tybetu. W zasadzie po drodze mija się tylko ptaki i zwierzęta, ludzi – rzadko. Czasem pasjonatów-szaleńców na rowerach. Przez chiński monopol Tybet jest drogi. Chcąc podróżować legalnie i bez stresu, trzeba się liczyć z kosztami – na każdym kroku chińska policja żąda zezwoleń. A nie ma niczego za darmo...

Na moje eskapady zabieram 8, najwyżej 12 osób. Staram się być ostrożny, jak najlepiej przygotować wyprawę, ale to zawsze będzie inny świat. Cały czas trzeba się mieć na baczności. Uważać, co się je, nie pić nieprzegotowanych napojów... Żeby pić albo jeść, musisz przełamać obrzydzenie. Odległość do szpitala liczy się na doby, czasem nawet 4, 5 dni jazdy bez przerwy. Dlatego ludzie się załamują. Po dwóch tygodniach marzą już o powrocie.

Rzeczywistość zimna
Wieczorem dojeżdżam do osady Paryang. Zwykły turysta nigdy by się tutaj nie zatrzymał – mały pokój, kołdra, koc i nic więcej. Stara Tybetanka rozpala w piecu. Nie ma drewna, więc żar uzyskuje z wysuszonych odchodów jaka. Niezwykłe, jak długo mogą się tlić, dając przyjemne ciepło. Mam kolejną możliwość przebywania z Tybetańczykami, chłonięcia ich kultury, sposobu bycia. Siadamy do wspólnego posiłku: tsampa (prażona jęczmienna mąka na placki) pożywienie mnichów buddyjskich, thukpa, czyli makaron, i mięso jaka lub owcy – nie należy oczekiwać niczego więcej. Jedzenie w tych stronach jest proste, ale smaczne. Prości są też mieszkańcy Tybetu – skromni, jakby wypaleni...

Jedno ze świętych miejsc Guru Rinpoche
Jedno ze świętych miejsc Guru Rinpoche

Po zmroku przychodzi zimno. Przeszywa człowieka na wylot, mrozi nawet myśli... Teraz rozumiem, dlaczego tak wielu Tybetańczyków ma czerwone policzki. Nocny mróz pozostawia na ich twarzach trwałe znaki. Zawsze fascynowali mnie wielcy mistrzowie z przeszłości, którzy w tak surowych warunkach spędzali lata na medytacji w jaskiniach, usiłowali uwolnić się od cierpienia. Po kilku dniach w Tybecie mogę zacząć rozumieć ich wyrzeczenie i niezłomność w dążeniu do celu. Nie mogę jednak pozbyć się myśli, że musiało im być potwornie zimno...

W tym surowym klimacie nasze wartości i przekonania nie mają racji bytu. Świat rządzi się innymi prawami. Ludzie nawet nie chowają ciał zmarłych w ziemi. Rąbią je na części i dają do zjedzenia zwierzętom albo wrzucają rybom do rzeki. Inna, zimna rzeczywistość...

U podnóża świętej góry
Następny dzień w Tybecie przyniósł mi doświadczenie uczuć, których dotąd nie znałem... Wjechałem na przełęcz Mayumla, na wysokość 4900 m n.p.m., i po raz pierwszy w życiu ujrzałem górę Kailash. Zaparło mi dech w piersiach. Tybetańczycy nazywają ją Kang Rinpoche, czyli klejnotem śniegu. Do złudzenia przypomina ona buddyjską stupę. Pielgrzymi przybywający z różnych zakątków kontynentu wierzą, że wędrówka wokół świętej góry pomaga osiągnąć nirwanę. Patrzyłem, jak wierni wykonują rytmicznie pokłony, i sam pozostawałem w jakimś magicznym transie, bezruchu, zafascynowany górą, przełęczą, modlącymi się towarzyszami podróży. I tylko porywisty, tybetański wiatr co chwilę mnie popychał.

Takie chwile pozostają w pamięci na zawsze. To wtedy serce przez pewien czas przejmuje kontrolę nad umysłem i zaczynają płynąć uczucia tak czyste i silne, że nic ich nie zdoła powstrzymać.

Gdy ochłonąłem, wciąż lekko nieprzytomny wsiadłem do jeepa. Po pewnym czasie dojechałem do małej osady Darchen, punktu, z którego wszyscy pielgrzymi i turyści rozpoczynają wędrówkę dookoła Kailash. Samopoczucie miałem wspaniałe, ale musiałem dokonać wyboru między odbyciem kory dookoła góry, a dalszą podróżą do serca Ngari. Wewnętrzny głos albo zwykłe przeczucie jak zwykle gnały mnie ku nieznanym rejonom.

Spojrzenie przez lustro
Wybrałem. Jadę dalej na zachód. Krajobraz bez zmian: góry, pustynne klimaty, stepy z dzikimi zwierzętami... Aż nagle świat wokół się zmienia. Różnicę widać już z daleka – skały stają się inne. Czegoś takiego jeszcze nie widziałem. To Tsada. Tysiące lat temu było tu jezioro, ale woda ustąpiła i na jej miejscu pozostały przecudnie wyrzeźbione skały. Im dalej wjeżdżałem, tym bardziej zniewalał mnie urok tego miejsca. Miałem wrażenie, że znalazłem się na zupełnie innej planecie. Intuicja po raz kolejny mnie nie zawiodła... Tsada nie przypomina dzieła ludzkich rąk. Postanawiam zostać w tym magicznym miejscu na kilka dni.

Święta góra Kailash
Święta góra Kailash

Jedna z przełęczy – flagi modlitewne ku czci pozytywnych bóstw
Jedna z przełęczy – flagi modlitewne ku czci pozytywnych bóstw

Wrota do klasztoru Tcholing
Wrota do klasztoru Tcholing

O wspaniałej przeszłości osady i jej dawnych mieszkańców świadczą ruiny zamku i pozostałości zbudowanego w 996 roku klasztoru Tcholing, zniszczonego podczas chińskiej rewolucji kulturalnej. To, co najpiękniejsze, zobaczyłem na ścianach ruin klasztoru. Niezwykłe malowidła! Mnogość i różnorodność bóstw, bogiń i strażników zwalały z nóg. Chciałem się dowiedzieć czegoś więcej na temat znaczenia tej symboliki. Niestety, w Tybecie nie żyje już nikt, kto umiałby zinterpretować znaczenie fresków. Jedyny sposób na zgłębienie ich tajemnicy to uwierzyć, że nie są obrazami na ścianie, ale lustrami. Wszystko, co na nich widzimy, istnieje naprawdę, tylko że za lustrem – w innym wymiarze.

Na zachodzie Tybetu wierzy się, że przed ludźmi ziemie te zamieszkiwali Nagowie – półboskie istoty obdarzone niezwykłą mądrością. Żyły w głębinach ziemi i wody, w doskonałej harmonii z naturą.

Mój żywioł – życie na walizkach
Dla mnie Tybet to fascynacja, biznes i przygoda. Kiedyś nie umiałem sobie wyobrazić, że można przeżyć za 5 dolarów dziennie, z hotelem i ze wszystkim. Tutaj o niczym innym nie myślisz, tylko cieszysz się, że znalazłeś jedzenie za dolara. Dzięki temu zawiązuje się nowe znajomości. Takie, które nie urywają się z byle powodu.

W Himalajach za pierwszym razem spędziłem dwa miesiące, poznałem tamtejszych mistrzów. Nie chciałem wracać. Znajomi i przyjaciele przekonali mnie, żebym jednak zmienił zdanie. Od tamtej pory tak podróżuję między Tybetem a Polską. Uwielbiam przebywać w takich niezwykłych miejscach i przesiąkać ich atmosferą. Wierzę, że powinniśmy pamiętać o każdej cywilizacji i jej dokonaniach. Niestety, często nie zostały one utrwalone na piśmie, a tylko szczątkowo zapamiętane przez mieszkańców. Do takich miejsc pcha mnie intuicja. Nie potrafię wytłumaczyć, dlaczego tak się dzieje, ale ta droga życiowa bardzo mi się podoba. Podążam nią od lat, znajdując szczęście i satysfakcję. Często kosztuje mnie to wiele wysiłku i zdrowia, ale w ogólnym rozrachunku nigdy niczego nie żałuję. Zawsze wracam zadowolony, wzbogacony o kolejne doświadczenia i całkiem nowe uczucia.

* * *
Kiedy wracałem już z Tybetu, miałem wypadek. Przy zjeździe z przełęczy Tong La odpadło mi tylne koło. Ledwo wyhamowałem przed przepaścią... Widziałem minę mojego przyjaciela Pemy, tour leadera w Tybecie. On nie słyszał, żeby kiedykolwiek przy takim zdarzeniu jeep nie dachował albo nie spadł w przepaść. Skwitował to prosto: „Taka Karma, widocznie jeszcze nie przyszedł czas na to, byśmy odeszli z tego świata”. Na ciężarówce dojechaliśmy do granicy. Pożegnaliśmy się, dwaj przyjaciele, na moście „przyjaźni”; wiedząc, że jeszcze się spotkamy. W Tybecie.

Opowieść: Grzegorz Latosiński, wysłuchała: Magdalena Buszek

 
Artykuły on-line
 



Z:A do pobrania Z:A do pobrania

© Oria Media. Wszelkie prawa zastrzeżone.